29 października 2011

Gulasz, prawie węgierski

Czas przełamać dyniową dominację. Węgierska kuchnia na całym świecie kojarzy się wszystkim z gulaszem, papryką i tokajem. Na Węgrzech byłam dość dawno, ale szczególnie w pamięć zapadły mi niekończące się pola słoneczników przy granicy z Rumunią. Ciężkogłowe, wesołe i złote wypełniały węgierski krajobraz aż po horyzont. Nie mogę się więc nie uśmiechać, gdy gotuję po węgiersku. Gorące, pikantne i rozgrzewające potrawy wnoszą do mojej kuchni zapach i przede wszystkim ciepło lata. Węgierska miłość do papryki wybuchła dość niedawno, bo dopiero w XIX wieku. Wtedy to Węgrzy zaczęli na potęgę stosować w kuchni kolorowe strączki papryk. Wcześniej bowiem Madziarzy uważali ją za owoc turecki, a że zawsze mieli silne poczucie niezależności, nie chcieli używać warzywa kochanego przez okupanta. Na szczęście Turcy zostali pod Wiedniem pobici przez polskiego króla i Węgrzy z czystym sumieniem  mogli z papryki zrobić królową swojej kuchni.
Właśnie Węgrami inspirowałam się robiąc moją potrawę, ale za chciało mi się w niej smaków bardziej południowych i dodałam oliwek. Przyznam nieskromnie, że ten gulasz smaczny jest bardzo.

Gulasz z oliwkami
1/2 kilograma mięsa (może być wieprzowe, wołowe)
2 średnie cebule
2 czerwone papryki
słoiczek zielonych oliwek bez pestek
2 listki laurowe
sól, pieprz
słodka czerwona papryka w proszku
szklanka wody

Mięso kroimy w średnią kostkę, podsmażamy na oliwie ok. 5-6 minut, dodajemy pieprz, sól i paprykę (ok. 2 łyżeczek). Przekładamy mięso do rondla z grubym dnem. Kroimy w kostkę cebulę, paprykę, oliwki w plasterki. Podsmażamy wszystkie warzywa na tej samej patelni co mięso. Przekładamy je do rondla. Na gorącą patelnie wlewamy wodę, tak uzyskany bulion wlewamy do rondla. Dusimy aż mięso zmięknie.
Serwujemy z kaszą lub z puree z ziemniaków. 

P.S. To chyba ostatnie w tym roku zdjęcie na tle mojej pięknej lawendy i rozmarynu, które dzieląc donicę bardzo się polubiły i pięknie rozrosły.

16 października 2011

Slow-foodowe ślimaki dyniowe


Żyj wolno, jedz smacznie - w tym haśle kryje się cała filozofia ruchu Slow Food. Ponad 20 lat temu włoski krytyk kulinarny, znawca win i serów Carlo Petrini postanowił zaprotestować przeciwko barowi szybkiej obsługi McDonald's powstającemu w Rzymie przy pl. Hiszpańskim. Wydał wojnę fast foodom tworząc ruch społeczny, który objął cały świat. Jego działacze przygotowują lokalne dania, korzystają z lokalnych produktów i upraw. SF wspiera regionalnych producentów żywności, otwiera sklepy, wydaje swój magazyn informacyjny, organizuje festiwale smaku i warsztaty kulinarne. Logo Slow Food to ślimak winniczek. W tym ruchu nie chodzi wyłącznie o jedzenie, ale także o lepszą jakość życia - ludzie spod znaku ślimaka namawiają innych do życia na wolniejszych obrotach - do spędzania czasu z rodziną, przyjaciółmi, doceniania drobnych przyjemności.

Kiedy skręcałam moje dyniowe ślimaki myślałam o ludziach, którzy nie mają czasu na życie. Spędzają cały swój czas w korporacji, czy innym równie okropnym miejscu, i nawet nie wiedzą, że coś tracą. Wszystko robią w pędzie, na wczoraj. Nie widzą, że zmieniają się pory roku, do domu wracają po to by zasnąć, ale nie wysypiają się... Stres tak ich zżera, że ich organizm płata im figle i nie chce ich słuchać... Znam to z własnego doświadczenia. Na szczęście kilka lat temu przyszedł moment na opamiętanie. Nie wiem, czy to polska specyfika - kraj, który rozwija się i chce dogonić innych za wszelką cenę? Nie zauważyłam tego obłędu, tego życia wbrew sobie, u moich znajomych rówieśników z Francji, czy Hiszpanii. Polacy, którzy wyemigrowali na Wyspy, do Skandynawii, czy do Ameryki też żyją w swoim rytmie. Nie świrują, nie przesadzają. Być może to wynik wyższej kultury pracy w tamtych krajach... Wypalony, zestresowany pracownik do niczego się nie nadaje i dlatego trzeba dbać o niego, a nie eksploatować go do końca. W Polsce wciąż takie myślenie jest pracodawcom obce. Smutne to. Na szczęście to się zmienia.

Moje slow foodowe ślimaki są słodkie, chrupkie i w smaku zaskakujące. Zapachniało autoreklamą, ale zestawienie dyni i wiórków kokosowych jest niebywałe.

Slow-foodowe ślimaki dyniowe

Nadzienie:
ok. 450 gramów miąższu dyni
150 gramów cukru
3 goździki
1/2 łyżeczki cynamonu
50 gramów wiórków kokosowych

Ciasto:
350 gramów mąki
3 łyżki cukru pudru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki margaryny
1 jajko
1/4 szklanki mleka

Z podanych składników zagniatamy ciasto i wkładamy je do lodówki. Dynię kroimy w małą kostkę, przesypujemy do rondla z grubym dnem, dodajemy cukier, podlewamy trochę wodą, dodajemy cynamon i goździki i gotujemy aż dynia zmięknie i zrobi się szklista. Wtedy dodajemy wiórki. Napęcznieją i połączą wszytko w jedną masę. Odstawiamy dynię by troszkę przestygła.

Wyjmujemy ciasto z lodówki, dzielimy na pół. Rozwałkowujemy na dwa prostokąty, na których układamy masę dyniową. Zwijamy całość w rulony i kroimy ostrym nożem na plastry o szerokości ok. trzech centymetrów. Układamy je na blasze i pieczemy w piekarniku (180 stopni Celsjusza) przez 30-40 minut.






I jeszcze, na dowód, że zmienia się w Polsce myślenie o jedzeniu. W podwrocławskim Kiełczowie jest jedyna w Polsce szkoła, która bierze udział w  projekcie European Schools for Healthy Food. Dzieciaki chrupią tam na przerwach marchewkę, same wyciskają soki ze świeżych owoców, a w szkolnym sklepiku nie dostanie się przesolonych i tłustych chipsów ani słodyczy z Chin zawierających szkodliwe E129, czyli czerwień Allura powodującą nadpobudliwość u dzieci. W sklepiku są same owoce i warzywa (od dostawcy lokalnego), dzieci mogą zamówić kanapki według własnych kompozycji - ser, pomidor, ogórek inne dodatki. Nie ma napojów gazowanych, jest tylko woda.  Szkoła organizuje też akcje kulinarne - dzieci dzielą się swoimi rodzinnymi, tradycyjnymi przepisami przygotowując różności. Na terenie szkoły ma powstać warzywniak...
Szkoda, że to tylko (na razie) jedyna taka szkoła w Polsce.




14 października 2011

Keks dyniowy


Dyniowej fiksacji ciąg dalszy. Postanowiłam sprawdzić, jak smakuje ciasto dyniowe w wersji innej niż pumpkin pie. Nie przepadam za słodkimi wypiekami. Ciasta, ciasteczka, babeczki, czy inne słodkości to nie jest to co lubię najbardziej przyrządzać. Mimo to zabrałam się za to ciasto. Przepis znalazłam w październikowej "Claudii" i wciąż nie wiem, czy to ciasto  smakuje mi czy nie. Jest korzenne, w smaku przypomina piernik, podobne do ciasta marchewkowego, ciężkie, ale nie zbite, z przyjemną chrupkością orzechów włoskich, a co najważniejsze nie jest zbyt słodkie. To coś w rodzaju keksu dyniowego. Robi się go łatwo i raczej suszy w piekarniku niż piecze. Przepis trochę zmieniłam, bo w oryginale nie podobał mi się - za dużo było oleju, za mało dyni.


Keks  dyniowy
250 gramów miąższu z dyni
3 jajka
200 gramów cukru
400 gramów mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
150 ml oleju
120 gramów orzechów włoskich

Dynię ścieramy na tarce o grubych oczkach. Ucieramy jajka z cukrem. Mąkę przesiewamy z cynamonem i proszkiem do pieczenia, dodajemy do ubitych jajek, na przemian z olejem. Całość dobrze ucieramy. Dodajemy utartą dynię i orzechy. Jeśli ciasto będzie za gęste można dodać trochę mleka. Keksówkę wysmarowaną tłuszczem wypełniamy ciastem, wyrównujemy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy około godziny.

A na koniec jeszcze jeden obraz autorstwa pana Walta Curlee z Alabamy. Oczywiście dyniowy - "Wioząc dynie na targ".

13 października 2011

Bajkowa dynia i magiczna tarta


Na fali moich dyniowych fascynacji i kompletnej fiksacji tym warzywem zaczęłam szukać dyniowych tropów w baśniach, przypomniawszy sobie, że dyniową karetą porusza się disnejowski Kopciuszek. Dobra wróżka zamienia w pojazd dynię, rosnącą w ogródku macochy Kopciuszka, i dzięki temu dziewczyna może z fasonem zajechać pod królewski pałac, gdzie trwa bal, który zadecyduje o jej dalszym życiu.


W dyni ukrywa się też bohaterka tradycyjnej portugalskiej baśni "Biegnij dynio, biegnij" - staruszka, która w drodze na ślub wnuczki spotyka wilka, niedźwiedzia i lwa. Dzikie, wygłodniałe zwierzęta chcą ją zjeść, lecz babcia proponuje, by zaczekały z realizacją swych zamiarów do jej powrotu z przyjęcia. 
Czy dynia zatem jest symbolem pomyślności, obfitości i dobrego losu?
Nie wiem, ale nie występuje za często w baśniach. Znalazłam za to legendę o Jack O'Lantern, o której już kiedyś pisałam i bardzo ciekawą legendę z plemienia Seneków - Indian wierzących w dobre duchy dyni. Opowieść o dyni i kukurydzy znajduje się w "Legendach Indian kanadyjskich" (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 1982) i można przeczytać ją  tutaj.
Dynia pojawia się też w animacjach dla dzieci. W wyszukaniu tych kilku pomógł mi sześcioletni ekspert, miłośnik zupy "dyniówki".


Dynią zajął się nasz poczciwy Miś Uszatek.



Kubuś Puchatek też nie próżnował:
 

Dynię hodowali też Sąsiedzi - Pat i Mat


I można tak wyszukiwać jeszcze, bo dynia zawitała do Doliny Muminków, do Boba Budowniczego i pewnie także do wielu bajek wyprodukowanych po drugiej stronie Atlantyku. Dróżki dyni są bowiem kręte i zaskakujące - wraca do Europy przez Amerykę. Ogromnie podobają mi się amerykańskie pola dyni - jesienny krajobraz ożywiają kolorowe, pękate tykwy. Szkoda, że u nas nie ma takich pól, które można odwiedzać i wybierać sobie dynie, by później je kupić. Wyprawy na pole po dynie to halloweenowy zwyczaj, ale chętnie przeszczepiłabym go na nasz grunt. Wyobrażam sobie radosne miny dzieciaków, gdy wybierają dynie - na lampiony, na ciasto, na zupę...




Przepis na magiczną (bo z dyni) tartę kiełkował sobie od jakiegoś czasu i jest.



Dyniowa tarta




na ciasto: 
300 gramów mąki
130 gramów masła
żółtko lub całe jajko
łyżka kwaśniej śmietany
pół łyżeczki proszku do pieczenia


na farsz:
ok. 200 gramów dyni 
3 cebule
4 jajka
szklanka mleka
łyżka oliwy
łyżka masła
60 gramów niebieskiego sera pleśniowego
świeża szałwia (2-3 łyżki)
sól, pieprz


Wysypujemy na stolnicę mąkę, proszek do pieczenia, siekamy z masłem, dodajemy jajko i śmietanę. Zagniatamy ciasto. Wkładamy na pół godziny do lodówki.

W tym czasie kroimy dynię w kostkę, skrapiamy oliwą i wkładamy do rozgrzanego do ok. 180 stopni Celsjusza piekarnika. Niech się upiecze do miękkości.
Kroimy cebulę w piórka - będziemy ją karmelizować. W rondlu o grubym dnie rozpuszczamy masło i oliwę. Dodajemy cebulę. Pozwalamy się jej delikatnie smażyć, od czasu do czasu mieszamy. Gdyby się przypalała możemy podlać odrobiną wody. Smażymy aż cebula nabierze pięknego, złotego koloru.
Upieczoną dynię i karmelizowaną cebulę studzimy.
Wyjmujemy ciasto z lodówki. Rozwałkowujemy je i wykładamy do formy na tartę, może też być tortownica. Nakłuwamy widelcem i podpiekamy przez ok. 15 minut. 
Na spód wykładamy upieczoną dynię, karmelizowaną cebulę i kruszymy ser. W osobnym naczyniu mieszamy jajka z mlekiem i posiekanymi liśćmi szałwii, dodajemy pieprz i sól. Wylewamy całość na tartę i zapiekamy przez około pół godziny w piekarniku (180 stopni Celsjusza).




A na koniec trochę naiwny dyniowy pejzaż z Appalachów, który znalazłam na jednym z aukcyjnych portali. Cena - jedyne sześć tys. dolarów.







10 października 2011

Grzyby nie lubią chłodów


Złota jesień powoli odchodzi i zaczynają się listopadowe smutki - deszcz, wilgoć, szare poranki, ciemne wieczory. Byliśmy jeszcze w ten ciepły czas na grzybach, ale nie dopisały. Dni były ciepłe a noce zimne, więc grzyby nie rosły. Zebraliśmy niewiele - na sos grzybowy, na słoiczek sitaków (mają ten niezbyt ładny siny kolor po ugotowaniu) marynowanych i na jeden sznurek krótki kozaków do suszenia... Ale i tak dużo, bo grzybów już raczej w tym roku nie będzie. 

9 października 2011

Jej wysokość Dynia, Królowa Jesieni już jest

Dynia, moje ulubione warzywo, z powodu którego warto gotować już jest. W różnych kształtach, kolorach i odmianach. Byliśmy dziś na Dolnośląskim Festiwalu Dyni w Ogrodzie Botanicznym. Wróciliśmy z siatkami dyń  do dekoracji, do jedzenia, zmienionych w przedziwne zwierzątka i postacie.
Dyniowa jesień to najlepszy z najlepszych czas. W garnku pyrka już dyniowa zupa, w piekarniku piecze się wytrawna tarta, a w planach ciasto dyniowe...


Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...