15 września 2009

Tym razem o zdrowym odżywianiu zabieganej kobiety


Często wracam do tej książeczki i próbuję usystematyzować mój dość nieregularny sposób odżywiania. Wciąż brakuje mi konsekwencji, a szczególnie wieczornego przygotowywania posiłków do pracy na kolejny dzień.

Nie należę do oszalałego klanu bento - pewnej znajomej Japonce przygotowanie ryżowych pokemonów zajmowało cały dzień... Nie mam nawet takich aspiracji.

Wystarczą kanapki, sałatka, surówka może makaron z warzywami...

Na razie czytam ponownie poradnik Izy Czajki, bo z konsekwentnym i przemyślanym robieniem zakupów i gotowaniem u mnie krucho.


8 września 2009

Smaki Wenecji



"Tysiąc dni w Wenecji" Marleny de Blasi (Wydawnictwo Literackie) przeczytałam już wczoraj. Beletryzowana biografia autorki bardzo mnie zaskoczyła. Bohaterka, kobieta dojrzała i po przejściach poznaje przypadkiem wenecjanina, który stracił dla niej zupełnie głowę. Ona nieufna i doświadczona przygląda mu się z dystansem i choć w końcu decyduje się na przeprowadzkę z Ameryki do Włoch, nie robi tego bez zastanowienia, na fali emocji. Jej wybranek nie jest Don Juanem - smutny urzędnik bankowy o pomarszczonych kolanach i chudych nogach budzi w niej raczej czułość, a nie pożądanie. Fernando jest ujmującym romantykiem i to właśnie sprawia, że pragmatyczna Amerykanka postanawia spędzić z nim resztę życia. Likwiduje swoją restaurację, sprzedaje dom i wyrusza do kraju Dantego. Nie zachwyca się każdym pomidorem, cegłą, czy gondolą Serenissimy. Przyjmuje to miasto z jego trudnym i niedostępnym dla ludzi z zewnątrz charakterem. Nie jest łatwo żyć z Włochem we Włoszech. Przysłowiowa włoska spontaniczność nie dotyczy wenecjan. Przyjezdnych trzymają na dystans, nie pozwalają się do siebie zbliżyć, nie są kordialni, ani otwarci. Woda stwarza dystans, który niełatwo przepłynąć. Marlena nie poddaje się, szuka dla siebie miejsca. A nie jest to łatwe, bo nawet jej talent kucharski i umiejętności, które były dla niej kiedyś sposobem na życie, budzą w jej mężu zakłopotanie.
Włoch uważa, że nie wypada aż tak dobrze jeść i krytykuje starania Marleny.
Zadziwiła mnie ta książka, bo nie jest pełna pustych zachwytów nad urokami Europy, nie ma tu bezrefleksyjnej i bezkrytycznej bohaterki. Autorka opowiada historię niełatwej adaptacji do nowego środowiska. Pokazuje, że brak wspólnego kontekstu kulturowego czasem jest barierą nie do pokonania. Na szczęście zakochanym ludziom łatwiej znaleźć wspólny język. Późne uczucie rozkwita bez rywalizacji, nie niszczą go ambicje partnerów, a doświadczenie życiowe obojga pozwala docenić miłość, która połączyła ich w dojrzałym wieku.
I co najciekawsze droga do serca partnera nie widzie w tym przypadku przez żołądek. Marlena gotuje, ale najpierw robi to dla siebie, bo Fernando nie jest wrażliwy na jedzenie. Dopiero z czasem odkrywa uroki stołu i zaczyna zmieniać swoje życie, upływające do tej pory w wilgotnej i zagrzybiałej Wenecji. Powiew z Nowego Świata obudził w nim radość i smakowanie każdej chwili. Opuszczają miasto by zamieszkać w Toskanii. (Niebawem wyjdzie "Tysiąc dni w Toskanii").
W książce znajdziemy przepisy na dania, które Marlena przygotowywała dla Fernanda: zapiekankę z porów, sos orzechowy, smażone kwiaty cukinii, chlebek ziemniaczany, zapiekaną dynię i wiele, wiele innych. Wszystkie mają amerykańskie pochodzenie, ale brzmią smakowicie. Może skuszę się i wypróbuję.


7 września 2009

Ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką


Przyszedł czas na węgierki. Na razie jeszcze za wcześnie by robić powidła. Moja babcia zawsze zostawiała jedno drzewo, nazywaliśmy je powidłowym, na późniejsze zbiory. Te węgierki były przejrzałe, słodkie i nie dało się ich już zjeść. Wymarzone śliwki na powidła. Nie mam niestety żadnego drzewa węgierkowego za oknem.
Mam natomiast kosz węgierek. Upiekłam całą blachę ciasta. Mój mały smakosz zwykle wydłubuje owoce z ciasta, tym razem zjadł trzy wielkie kawałki, od serca ukrojone i stwierdził: "Upiekłaś mamo najlepsze ciasto na świecie". To największa i najważniejsza pochwała, jaką w życiu dostałam :)
To ciasto wychodzi zawsze, można je robić tradycyjnie, czyli wyrabiać ręcznie, można też (ja tak zrobiłam) wykorzystać maszynę do chleba. Wychodzę z założenia, że zdobycze techniki i świadectwa rozwoju cywilizacji trafiają też do kuchni, więc nie ma co się katować i mięsić ciasto drożdżowe ręcznie. To nie te czasy, gdy w przepisach na ciasto drożdżowe radzono: "wziąć krzepką dziewczynę do wyrabiania". Radzę więc: włącz maszynę do chleba. Przepis przywiozła w swoim wianie z dawnych Austro-Węgier moja babka. A sekret tkwi w cynamonie...

Placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką
Składniki:
Placek: 1/2 kg mąki,
1/2 szklanki ciepłego mleka,
2 jajka (nie mogą być prosto z lodówki, bo wtedy są za zimne, powinny chwilę poleżeć w kuchni przed użyciem),
60 gramów cukru,
szczypta soli,
20 gramów drożdży (kulka wielkości orzecha włoskiego),
60 gramów masła

Na placek:
ponad 1 kg śliwek, wypestkowanych, pokrojonych na połówki
cynamon do smaku,
gruby cukier kryształ

Kruszonka:
100 gramów mąki,
50 gramów cukru,
cynamon do smaku,
50 gramów masła

Najpierw kruszę drożdże i dodaję do nich cukru, gdy się rozpłyną dolewam mleka i mieszam. Do maszyny wsypuję mąkę, robię w jednym rogu naczynia dołek i wlewam tam drożdże z mlekiem i cukrem, w przeciwnym rogu pojemnika umieszczam szczyptę soli. Włączam program "ciasto" nr 8, który trwa 1 godzinę i 30 minut. Kiedy maszyna zaczyna wyrabiać ciasto dolewam do pojemnika stopniowo rozpuszczone ciepłe masło. Kiedy program dobiegnie końca wyjmuję na stolnicę wyrośnięte ciasto, rozwałkowuję je i układam na blasze wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawiam w cieple na 20 minut, a później układam na nim śliwki, przekrojonymi połówkami do góry, posypuję grubym cukrem wymieszanym z cynamonem. No to wszystko sypię kruszonkę i wkładam na 40 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza.

1 września 2009

Będą z tego pyszne gołąbki


Uwielbiam grecką kuchnię. No po prostu uwielbiam. Za proste składniki, świeże zioła, bo niesie w sobie afirmację życia, niezachwiany optymizm obecny w każdych okolicznościach i tych dobrych i tych złych. Zazdroszczę Grekowi Zorbie umiejętności cieszenia się z każdej chwili. Spontaniczność, taniec, zabawa, śpiew, towarzystwo, miłość, kuchnia - to co najlepsze z życia trzeba smakować w każdym jego momencie.
Gotując "greckie" nie czuję się , jak cudzoziemiec, który wyczuwa to ciepło i słońce na odległość, nie czuję, że ten sposób życia, ta mentalność jest poza moim zasięgiem.
Wręcz przeciwnie - co za radość, gdy jemy to, co greckie w radosnym, rodzinnym gronie, gdy są z nami przyjaciele. Aż chce się zatańczyć taniec Zorby, bo życie mamy przecież tylko jedno.

Na poczet greckiego słońca, by czuć je także zimą zrobiłam liście winorośli w solance. Będą z nich pyszne dolmades - gołąbki z liści winorośli.

Liście winorośli w solance

Składniki:
100 młodych liści winorośli
10 g soli
1/2 litra wody
Liście myję, osuszam, odcinam ogonki, zwijam w ruloniki po 10 sztuk, układam w słoiku. Zalewam ciepłą solanką. Zakręcam, gotuję w kąpieli wodnej, dokręcam. I już.
P.S. Przepis znajdziecie też tu

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...