30 kwietnia 2014

Jedziemy na majówkę


Zabieramy go ze sobą na wyprawy samochodowe, na wakacje i na krótkie wypady. Trochę się powyginał, stracił kolor, ale wciąż się trzyma. Był z nami nad Bałtykiem, na Litwie, w Chorwacji i na przełęczy Tąpadła. Nasz grill kupiony w którymś z supermarketów rozpoczyna kolejny sezon. Dokupiliśmy już wór brykietu i możemy otwierać sezon grillowy.

29 kwietnia 2014

"Zapach truskawek" - książka Ani Włodarczyk


Bałam się rozczarowania sięgając po książkę Ani Włodarczyk "Zapach truskawek. Rodzinne opowieści". Obawiałam się, że odłożę tę książkę na stosik książek przeznaczonych do oddania lub sprzedania.
Bardzo lubię bloga Ani - znalazłam go któregoś listopadowego dnia - chmurnego, wilgotnego i zamglonego i natychmiast po przeczytaniu najpierw jednego, a potem wszystkich postów, zaczęłam się uśmiechać. Nie znamy się osobiście, czasem wymieniamy komentarze, ale czuję jakieś pokrewieństwo z Truskaweczką - jak nazywam na prywatny użytek Anię. Podobne spojrzenie na świat, bliskie mi podejście do przyrody, do codzienności i do smaków... Rzadko trafia się na kogoś, kogo się lubi, mimo że się go nie zna osobiście. Każdy przeczytany post utwierdza mnie w tym przekonaniu - może to moja wyobraźnia, a może nie...
W każdym razie bałam się rozczarowania, że osoba, którą wirtualnie polubiłam zmieni się ze skromnej i przyjaznej dziewczyny w jakiegoś nadętego bufona. Tak się nie stało - zanurzyłam się w ciepłą opowieść o sile kobiecej historii tworzonej przez babki, ciotki, matki, siostry, przyjaciółki. Tradycja, przyjaźń, zaufanie, a przede wszystkim zrozumienie i miłość są osią historii, do której dodatkiem są przepisy kulinarne. Książka Ani to przede wszystkim opowieść o rodzinie. Nie jest to idealna rodzina - Ania z odważną szczerością pisze o swoim ojcu, nieobecnym, gdy go potrzebowała. Jego brak zaakceptowała, bo choć bolesny nie był jej wyborem. Silne i wspaniałe kobiety w jej rodzinie sprawiły, że odnalazła siebie. Niewiarygodnie ciepła i mądra osoba dzieli się z czytelnikami rodzinnymi historiami. Nie ma tu bohaterów walczących w powstaniach, są za to dzielne kobiety zmagające się z codziennością, są zapachy potraw, szelest wspomnień ukrytych w starych książkach kucharskich, pożółkłe zdjęcia, świeżość pikników na plaży i mgła znad kartoflanych pól.
Od "Zapachu truskawek" nie można się oderwać, bo są napisane od serca. Opowiadają o tym za czym wszyscy, nawet najbardziej wyemancypowane singielki tęsknią - o rodzinie.
Popłakałam się ze śmiechu nad opowieścią o najokropniejszej kanapce świata, którą zaserwował Ani jej przyszły mąż, westchnęłam z tęsknotą nad fragmentem o Bałtyku poza sezonem. Przepisy i całą narrację porządkuje rytm pór roku. Na każdą porę jest smaczne danie - pieczone pierogi, zapiekany omlet, szarlotka babci, sernik czekoladowy z chili, owsianka, czy ziemniaki z ogniska z różnymi smakowymi masełkami - czosnkowym, kaparowym i pomidorowo-oliwkowym.
Wiele historii przeżyłam podobnie, wiele inaczej, ale bliskie mi jest ciepło domu rodzinnego, o którym pisze Ania. Rozumiem i podzielam jej upodobanie do kuchni, bo ona jest sercem domu, rodziny, czasem życia, a może i nawet świata. "Zapach truskawek" to piękna opowieść, którą polecę wszystkim tym, którzy chcą sobie przypomnieć beztroskie dzieciństwo i zachwycić się zapachem truskawek.

"Zapach truskawek. Rodzinne opowieści" Anna Włodarczyk
Black Publishing, Wołowiec 2014.

P.S. Jako miłośniczka pikników czytałam książkę na zielonej trawie. 

28 kwietnia 2014

Królik faszerowany


Bardzo, ale to bardzo lubię królicze mięso, choć, żeby je jeść muszę od siebie odsunąć dziecięce wspomnienia i fascynację, z którą wpatrywałam się w króliczego oseska, jeszcze ślepego, pokrytego delikatnym meszko-futerkiem. Maleńkim różowym noskiem obwąchiwał moją rękawiczkę z jednym palcem i rozpłaszczał się na niej niczym naleśnik, kłując mnie cieniutkimi pazurkami. Króle mojego dziadka były czarno-białe, całkiem czarne jak najciemniejsza noc i popielato-szare. Te lubiłam najbardziej. Gdy byłam mała często wpychałyśmy, przez oczka siatki okalającej klatkę, marchewki i najsłodszą naszym zdaniem trawę. Dziadek pouczał nas, że trawa musi być sucha, bo jeśli znajdzie się na niej woda króle dostaną wzdęcia.
Bardzo boleśnie przekonała się o tym moja mama. Razem z siostrami miała nakarmić króliki pod nieobecność swoich rodziców. O trawie dla królików przypomniała sobie pod wieczór i narwała jej naręcza, ale zmoczone wieczorną rosą. Biedne króliki rzeczywiście natychmiast dostały wzdęcia. Cierpiały potwornie z powodu okrągłych brzuszków. Mama i jej dwie siostry przeniosły całą króliczą rodzinę do domu do kuchni, odgrodziły deskami i całą noc masowały królom brzuchy karmiąc je ciepłym mlekiem za pomocą kroplomierza. Żaden z królików na szczęście nie padł, a dziewczyny zostały pochwalone przez rodziców za opiekę nad zwierzętami. Tylko babcia zdziwiła się, gdy znalazła pod stołem w kuchni królicze bobki.
W dzieciństwie,  w czasach niedoborów, jedliśmy często króliki, wymieniając się od czasu do czasu z sąsiadką z przeciwka na nutrie. Miałam płaszczyk obszyty króliczym futerkiem i czułam się zupełnie jak księżniczka.

Wcześniej przygotowywałam królika duszonego w białym winie, ale mimo wspaniałego smaku to danie nie wyglądało, nie cieszyło oka. Marzył mi się królik pieczony w całości, żeby to jednak zrobić trzeba pozbawić królika kości tzw. luzowanie do najłatwiejszych nie należy. Najlepiej zobaczyć na you tube jak robią to doświadczeni kucharze. (Najlepiej szukać po włosku la disossatura del coniglio).




Królik faszerowany szynką i mozzarellą

1 królik o wadze ok 1,5 kg
dwie kulki mozzarelli
4-5 dużych plastrów białej, włoskiej szynki
sól, pieprz

Najpierw zabrałam się za filetowanie królika - wycinałam kostki ze skoków, oskrobywałam żebra, wycięłam kręgosłup i nagle przede mną leżał kawał delikatnego mięsa.

Oprószyłam go solą morską z Nin, posypałam świeżo zmielonym pieprzem, ułożyłam na mięsie plastry szynki, a na nich plastry mozzarelli. Całość zawinęłam w zgrabną roladę, podwijając krótsze końce królika do środka. Roladę oplotłam nicią kuchenną, którą ku swojemu zaskoczeniu kupiłam bez problemu w sklepiku osiedlowym.
Posoliłam i popieprzyłam królika z wierzchu, piekłam około godziny w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza w towarzystwie ziemniaczków pokrojonych w grubą kostkę.
***

Królik wyszedł bardzo soczysty i delikatny, ale chyba nie posmakował mojej rodzinie - słona szynka, płynna mozzarella i białe mięso jakoś nie komponowały im się smakowo. Owszem zjedli, ale bez zachwytu, a ja rozczarowana ich brakiem entuzjazmu dla tego dania, szukam nowego przepisu. Przecież gdzieś w końcu znajdę idealny smak królika.

26 kwietnia 2014

David Moreno - wino z pasji

Jest sobie mała winnica w miasteczku Badaran, w hiszpańskiej prowincji La Rioja, gdzie syn piekarza postanowił zostać winiarzem. Trochę z przypadku, trochę z miłości do wina. Dowiedziałam się tego na degustacji win z winnic Davida Moreno we wrocławskim sklepie Marka Kondrata.
O winach opowiadała spokrewniona z nim Lara Olarte. Dziewczyna, która wychowała się w tych winnicach, zna każdy ich zakątek, każdą tajemnicę.
Pyszne były te wina i ciekawe. Zupełnie inne od supermarketowych. Można mieć dużo przyjemności w smakowani, wąchaniu i doszukiwaniu się różnorakich nut, które wytrawni sommelierzy wyczuwają swoimi wrażliwymi nosami.

Badaran położone jest w La Rioja, w pobliskim klasztorze San Millan zapisano pierwsze słowa w języku hiszpańskim (Glosas de San Millan).


W tej wiosce urodził się w 1948 roku David Moreno. Jego tato był piekarzem, ale on nie poszedł w ślady ojca. Wyemigrował za pracą do Barcelony, tam skończył studia inżynierskie i zaczął pracę w fabryce samochodowej Seata. Co weekend jeździł do domu - a w tamtych czasach bez autostrad podróż nie trwała jak dziś czterech godzin. Zwykle znajomi prosili go o przywiezienie kilku butelek wina. Po jakimś czasie miał już tego dość, ale zauważył, że na wina z La Rioja jest wielu chętnych. Postanowił z narzeczoną rozkręcić handel winem. Sprowadzał je z rodzinnej wioski i sprzedawał w Barcelonie. Pewnie nie zostałby winiarzem, gdyby nie restrukturyzacja w Seacie. Po dwudziestu latach pracy zdecydował się spełnić swoje marzenia - nie czekał na zwolnienia, tylko skorzystał z możliwości i wziął odprawę. Za te pieniądze założył swoją winiarską firmę. Na początku kupował winogrona od innych, ale stopniowo zaczął też kupować winnice. Dziś jego wina zdobywają medale a winnice odwiedzają miłośnicy wina.
W Bodegas David Moreno można kupić sobie beczkę wina (225 litrów) i popijać z niej ile się da, bo winiarz uzupełnia, po każdej wizycie kompanów od kieliszka, jej zawartość. Gdy wino dojrzeje jest butelkowane i można sobie butelki zmagazynować we własnej piwniczce.

Spróbowaliśmy młodego (2013) wina białego (blanco joven) - lekkiego, orzeźwiającego ze szczepu Viura z nutą owocową. Potem przyszła chwila na wino crianza ze szczepów Tempranillo i Garnacha, dojrzewające 12 miesięcy w beczkach z dębu amerykańskiego. Poczuć w nim można nuty leśnych owoców i wanilii. Potem próbowaliśmy wina reserva rocznik 2007 ze szczepów Tempranillo i Garnacha. Reserva dojrzewała 24 miesiące w beczkach z dębu francuskiego. Wyczuwalne nuty: owoce i czekolada. Ukoronowaniem degustacji okazała się Gran Reserva (2007) z tych samych szczepów co poprzednio, ale wino dojrzewało 30 miesięcy w beczkach z dębu amerykańskiego i francuskiego. Ile czasu spędziło w danym rodzaju beczki to słodka tajemnica enologa. Nuty: dojrzałe owoce, likier, kakao. Eleganckie i pyszne.
Zaskoczona byłam przystępnymi cenami. Myślałam do tej pory, że w sklepie przy Słowiczej są wyłącznie wina za 100 złotych w górę.
Moja crianza już wypita :)





25 kwietnia 2014

Opowieść o chlebie


Wciąż szukam chleba idealnego. Takiego, który smakowałby jak ten mojej prababci Anielci. Na razie nie udało mi się znaleźć takiego przepisu. Prababcia Anielcia dawno nie żyje, odeszła, gdy byłam nastolatką. Wtedy pieczenie chleba wydawało mi się czymś tajemnym i piekielnie trudnym. Pamiętam smak, zapach i magię związną z pieczeniem . Kobiecą magię. Prababcia Anielcia mieszkała daleko, bo aż gdzieś w dawnej Galicji, koło miasteczka Zator. Miała piękne czarne oczy, była drobniutka i pełna energii. Spędziłam u niej kiedyś wyjątkowe wakacje. Byłyśmy razem we dwie, poświęcała mi każdą chwilę - opowiadała o ziemi, o życiu, przemijaniu, o tym co ważne. Była przy tym zabawna, a chwilami przerażająca. Z przyjaznej staruszki potrafiła przedzierzgnąć się w jednej chwili w babę-wiedźmę.
Pamiętam dzień pieczenia chleba, dzień wyjątkowy, dzień kobiet. Trzeba było od rana chodzić na paluszkach, żeby nie przeszkadzać zakwasowi w rośnięciu. Nie wolno mi było do niego zaglądać, wiedziałam, że został nakarmiony, niczym niemowę i obudził się, ale miałam omijać go z daleka. Zostałam wysłana do warzywnika po liście chrzanu. Przyniosłam rabarbarowe - prababcia nie gniewała się. Roześmiała się i powędrowała ze mną, by pokazać mi jak wyglądają liście chrzanu. Narwałyśmy cały koszyk.
Potem mogłam siedzieć na stołku przy piecu, w którym buzował żywy ogień i przyglądać się co robiły kobiety - prababcia i ciocia Marysia. Mężczyźni nie byli zaproszeni. Nie pamiętam za wiele - chmurę mąki sypaną drewnianym nabierakiem z płóciennego wora. Ściszone rozmowy, śmiech. Chyba zasnęłam przy tym piecu. Pamiętam też wyrabianie, ubrudzone po łokcie ręce, zanurzone w chlebowym cieście i formowanie bochenków. Składanie na cztery i układanie w koszyczkach, których było zawsze za mało. - Cicho, bo chleb rośnie - strofowała prababcia.
I pamiętam bochny, układane na chrzanowych liściach, znaczone znakiem krzyża. Ciepłe, pachnace, zjadane z masłem, które wcześniej prababcia i ja ubiłyśmy.
Do dziś nie wiem od kogo prababcia nauczyła się piec chleb. Wychuchana jedynaczka po wojnie obudziła się w nowej rzeczywistości - nie było kuchennych dziewek, parobków do pomocy, zostały własne ręce. Odnalazła się w tej rzeczywistości, ale jej mąż nie. Kiedy przyniósł jej w prezencie eleganckie pantofle, odrąbała obcasy siekierą: "Do krów i świn na obcasach chodzić nie będę" - miała stwierdzić. Pracowała bardzo ciężko przez całe życie, dla swoich dzieci i wnuków serca raczej nie miała. Znalazła je dla prawnuczki. Moja prababcia Anielcia kojarzy mi się właśnie z zapachem chleba. Jeszcze nie zrobiłam takiego jak jej.
Ostatnio upiekłam chleb chłopski na zakwasie - całkiem smaczny i długo świeży. Przepis znalazłam w książce "Vademecum domowego wypieku pieczywa" Gorana Soderina i George'a Strachala (Wydawnictwo Rea)
Mój zakwas jest dość młody, więc niezgodnie ze sztuką wsparłam go kulką świeżych drożdży.



Chleb chłopski na zakwasie
30 dag świeżych drożdży
400 ml letniej wody
20 gramów oleju
300 gramów zakwasu z mąki żytniej
20 gramów soli
200 gramów mąki żytniej jasnej
300 gramów mąki pszennej chlebowej
łyżka octu jabłkowego
Drożdże rozpuściłam w wodzie, dodałam olej, zakwas i pozostałe skłądniki: mąkę, sól, ocet. Ciasto wyrabiałam około 10 minut i odstawiłam na ok. 45 minut do wyrośnięcia. Synkowi powiedziałam, że ma chodzić na palcach, bo chleb rośnie. Potem uformowałam dwa bochenki, tak jak robiła moja prababcia - składając ciasto na cztery części. Bochenki podsypałam mąką i przykryłam ściereczką. Rosły znów 45 minut.
Włożyłam chleby do piekarnika rozgrzanego do 250 stopni Celsjusza, na dno piekarnika wstawiłam naczynie z wodą. Zamknęłam drzwiczki i obniżyłam temperaturę do 210 stopni. Chleb piekłam około 40 minut. Studziłam tak jak trzeba - na metalowej kratce. 

Wyszedł smaczny, ale chyba zabrakło mu tych liści chrzanowych :)

23 kwietnia 2014

KONKURS, bo dziś Światowy Dzień Książki

Z tej okazji mam dla was książkę, a jakże KULINARNĄ. Dla miłośników dobrej kuchni, podróży i słońca.


„Smaki Toskanii” to niezwykła książka kulinarna napisana przez Polkę - Aleksandrę Seghi, która od lat mieszka w tym regionie Włoch. Są tu przedstawione najsmaczniejsze i najbardziej typowe potrawy, a także wiele ciekawych informacji o samym regionie i jego mieszkańcach.

Piękne wyraziste zdjęcia  przedstawiają apetyczne potrawy przyrządzone własnoręcznie przez
autorkę. Jak zapewnia Aleksandra Seghi, wszystkie przepisy są bardzo łatwe, a delektowanie
się smakiem przyrządzonych własnoręcznie potraw – zwłaszcza w dobrym towarzystwie -
przyniesie radość i pozwoli w wyobraźni przenieść się do urokliwej Toskanii.

Toskania to region hojnie wyposażony przez naturę i historię. Znajdziemy tam wszystko:
zachwycające sielskie krajobrazy, najpiękniejsze miasta, arcydzieła sztuki i architektury…
Spotkamy tam także gościnnych mieszkańców i wspaniałą aromatyczną kuchnię.
Przepisy kulinarne nie zmieniają się od wieków i  przechodzą z pokolenia na pokolenie.

W kuchni toskańskiej dominują mocne, wyraziste zapachy i mało przetworzone produkty. Jej
podstawę stanowią naturalne  składniki,  przez co jest zdrowa i prosta w przygotowaniu. W
większości oryginalnych przepisów kulinarnych tego regionu nie podaje się dokładnych ilości
składników, więc gotujący może puścić wodze fantazji i przygotować danie, kierując się
intuicją i indywidualnym poczuciem smaku.

Żeby wygrać książkę napiszcie w komentarzach pod postem o tym co najbardziej lubicie w kuchni włoskiej. Przepisy, smaki i zachwyty mile widziane.  Na wasze odpowiedzi czekam do 27 kwietnia do godz. 00.
Śnieżka

19 kwietnia 2014

Babka drożdżowa i babka białkowa


Uzupełniają się doskonale, smakują wyśmienicie i pięknie wyglądają na wielkanocnym stole. Drożdżowa z żółtek i makowa z białek. Drożdżowa jest puszysta, pachnąca i króluje wśród ciast, makowa, choć troszkę skromniejsza ma swoich wielbicieli.

Baba drożdżowa klasyczna

50 gramów świeżych drożdży
3,5 szklanki mąki tortowej
0,5 szklanki cukru
1 szklanka mleka
125 gramów masła
6 żółtek
1 jajko
skórka otarta z połowy cytryny
150 gramów rodzynek
lukier:
1 szklanka cukru pudru
sok z 1 cytryny
1-2 łyżki wrzątku
Robimy rozczyn: kruszymy drożdże, rozcieramy z łyżeczką cukru, z łyżką mąki i 2-3 łyżkami ciepłego mleka. Odstawiamy, by podrósł.
Rozpuścić w rondelku masło i ostudzić. Oddzielić żółtka od białek. Żółtka i jedno całe jajko utrzeć z cukrem. Mąkę przesiać do miski, dodać rozczyn. Dodać jajka z cukrem, sól, skórkę z cytryny, ciepłe mleko i stopione masło. Wymieszać i wyrabiać aż zacznie odchodzić od ręki, choć ja wyrabiam w maszynie do chleba, bo siłę w rękach mam nikłą. Dodać rodzynki.
Wyrobione ciasto dostawić do urośnięcia. Kiedy urośnie przełożyć do formy na babkę i znów pozwolić mu rosnąć. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza około 35-40 minut. Ciepłą babkę polukrować lukrem zrobionym  z podanych wyżej składników. Posypać skórką pomarańczową.

Babka makowa z białek


6 białek
1 szklanka mąki
1 szklanka cukru pudru
1 szklanka maku
1 kostka masła
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Topimy masło w rondelku, studzimy. Ubijamy białka z połową cukru. W misce mieszamy mąkę, pozostały cukier, mak i proszek do pieczenia. Dodajemy roztopione masło. Delikatnie porcjami dodajemy białka, mieszamy. Przekładamy ciasto do formy na babkę. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez ok 30 min.


5 kwietnia 2014

Przy stole z Abrahamem, czyli "Smaki Biblii"

Spacerując po najróżniejszych księgarniach internetowych zwędrowałam w czasy biblijne, a właściwie do kuchni Abrahama, którą postanowiło opisać dwóch mediolańskich duchownych, lubiących gotować i jeść. "Smaki Biblii" Andrei Ciucci i Paolo Sartora to interesująca historyczna, obyczajowa i eschatologiczna  opowieść o tym, jak jadano na Bliskim Wschodzie przed wiekami. Znajdziemy w niej 60 przepisów na takie dania jak choćby prosty podpłomyk zwany "Chlebem pustyni". Mąka, woda, odrobina mleka, sól, kumin, oliwa i można formować krążki chleba - taki prosty przepis na niewyszukane danie mógłby rozczarować, ale wyjątkową wartością tej książki nie są przepisy, ale biblijna wiedza, którą dzielą się z czytelnikami autorzy. Na koniec formowania chlebków dawniej kreśliło się na nich znak krzyża, robiło się tak na pamiątkę błogosławieństwa, jakiego Melchizedek, król Szalemu, udzielił Abrahamowi.
Co jeszcze jedli patriarchowie? Cielęcinę z dynią, wołowinę z oliwkami, soczewicę (za miskę soczewicy Ezaw sprzedał pierworództwo Jakubowi, swojemu młodszemu bratu), niekwaszone chleby. Nie brakowało też słodyczy - ciast z migdałami osładzanymi miodem, kompotu z rodzynek i pistacji, placka ze świeżych fig.
Każdy przepis autorzy uzupełniają kontekstem biblijnym, wzbogacają też o informacje na temat tradycji kulinarnej, a nawet odwołują się do współczesnych interpretacji kulinarnych i kulturowych.
Tak na prawdę nie ma sensu, moim zdaniem, gotować według tych przepisów - raczej nie będę biegać po sklepach dla artystów, w poszukiwaniu gliny, by zapiec w niej przepiórki, jak w jednej z receptur. 
Warto jednak poznać kuchnię praojców, poczytać o początkach przygotowywania posiłków i tym samym historii osadnictwa. Bo właśnie dzięki temu, że koczownicy zaczęli uprawiać ziemię w starożytnym Egipcie zaczęto piec chleb na zakwasie.
Szata graficzna "Smaków Biblii" nie zachwyca, daleko jej do pięknych książek ilustrowanych stylizowanymi fotografiami. Mimo wszystko ten przaśny wygląd nie odbiera przyjemności czytania o tym, co jadł prorok Eliasz w Gilgal, czy o placku z miodem i rodzynkami na wzmocnienie, o który prosi bohaterka "Pieśni nad Pieśniami".

"Smaki Biblii. Przepisy kulinarne dla każdego" Andrea Ciucci i Paolo Sartor
Wydawnictwo Święty Paweł

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...