15 listopada 2009

Kulebiak. Przedświąteczna próba

Kulebiak to król wigilijnego stołu, oczywiście obok barszczu, pierogów i ryb. Łatwy do zrobienia i pyszny na ciepło i na zimno. Zatęskniłam za świątecznym zapachem i tak "na próbę", by sobie przypomnieć, czy jeszcze umiem, zrobiłam kulebiaka. Nie był perfekcyjny, pękł, bo chcialam wypełnić go całym nadzieniem, zapominając, że zwykle część odkładam by zapiec w cieście francuskim i podać do barszczu.

Kulebiak
Składniki:
farsz:
1/2 kilograma kapusty kiszonej,
cebula,
pół szklanki suszonych grzybów,
sól, pieprz, 1/2 łyżeczki kminku
2 jajka na twardo

ciasto:
2 szklanki mąki,
kulka świeżych drożdży wielkości orzecha włoskiego,
jajko,
1/2 szklanki mleka,
łyżka miękkiego masła
łyżeczka cukru,
sól.

Kroję kiszoną kapustę, gotuję do miękkości. Suche grzyby zalewam wrzątkiem, cebulę kroję w kostkę i szklę na oleju. Szatkuję drobno grzyby, dodaję do cebuli i razem przez chwilę podsmażam.
Robię zaczyn na ciasto - w pojemniku maszyny chlebowej drożdże rozcieram z cukrem, rozcieńczam mlekiem, dodaję trochę mąki. Czekam aż podrośnie. Dodaję resztę mąki, jajko, sól i masło. Włączam program "ciasto" i pozwalam maszynie pracować.
Odsączoną i ostudzoną kapustę mieszam z grzybami i cebulą przyprawiam solą, pieprzem i kminkiem. Wyrośnięte ciasto wykładam na stolnicę, rozwałkowuję na kwadrat. Z jednej strony układam farsz, a na nim ugotowane na twardo jajka. Boki ciasta smaruję roztrzepanym jajkiem - łatwiej wtedy zlepić pieróg. Zlepiam, a całość znów smaruję roztrzepanym jajkiem z odrobiną mleka - by pieróg był złoty. Piekę ok. 40 minut w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku.

1 listopada 2009

Dyniowy sernik. I po Halloween



Dzieci w przedszkolach i szkołach mają halloweenowe zabawy, gdzie nie brakuje przebierańców i dyniowych lampionów. Nietoperzowy Czarnoksiężnik i Pirat - najprawdziwszy po przemianie - z Karaibów, przycupnęli w wybudowanej z koców kryjówce.


My dorośli chyba wolimy jednak zaduszkową zadumę, pełgające ogniki na grobach bliskich i chryzantemy. Uwielbiam te kwiaty:  u nas zawsze mają związek ze świętem Wszystkich Świętych, a w takiej Japonii na przykład to po prostu piękne kwiaty. Kiedyś kupiłam piękne cięte złote kule, wstawiłam do wazonu, a moja przyjaciółka, która przyszła w odwiedziny zapytała, czy wybieram się na cmentarz :).
W Japonii, gdzie kocha się te kwiaty, jesienią serwuje się chryzantemowe ciasteczka. Nazywają się higashi. Znalazłam je na blogu herbaciano-kaligraficznie.



Tymczasem u nas królują dynie - w postaci zębatych lampionów i dyniowych serników. Wczoraj zrobiłam sernik na motywach przepisu, który znalazłam w jednej z książek kucharskich. Nie podaję oryginału, bo wszystko w recepturze pozmieniałam. Nawet ser. A wzięło się to z tego, że w piątek po południu w moim osiedlowym sklepie nie było już sera na sernik, a nie chciało mi się jechać do marketu, bo tam kolejki. Kupiłam więc to co było: mielony twarożek o smaku waniliowym.

Sernik dyniowy

Składniki:
400 gramów twarożku waniliowego,
szklanka puree z dyni
5 łyżek mąki kukurydzianej,
2 jajka,
1/2 szklanki brązowego cukru,
2 łyżeczki zmieszanych przypraw: cynamonu, imbiru, gałki muszkatołowej
łyżeczka olejku waniliowego.
szczypta soli,
szklanka pokruszonych herbatników,
3 łyżki oleju.

Rozgrzewam piekarnik do 190 stopni. W miseczce mieszam herbatniki z olejem, wykładam na blaszkę o średnicy 23 cm, podpiekam chwilę. W misce ucieram ser z cukrem , dodaję dynię, jajka, mąkę, przyprawy, olejek waniliowy, sól. Wlewam do foremki. Piekę ok. godziny uważając by wierzch ciasta za bardzo nie zbrązowiał.
Mój sernik polukrowałam najprostszym lukrem utartym z białka, cukru pudru i kilku kropel soku z cytryny.
To ciasto jest wilgotniejsze od normalnego sernika, ale jednocześnie dużo delikatniejsze i bardziej żółte.

30 października 2009

Chleba naszego słonecznikowego


Lubię chleb pieczony w domu. Robię go zawsze na drożdżach, bo jakoś nie mogę zmobilizować się by wyhodować własny zakwas. Pewnie dostałabym trochę zakwasu z piekarni, gdybym poprosiła, ale nie mam odwagi. Bo w końcu piekarz piecze chleb, żeby ktoś go kupił, a nie rozdaje zakwas, by ktoś inny go wyręczył i upiekł bochen sam.
Kupuję więc mąkę razową ekologiczną i wsypuję wszystkie składniki do maszyny. Przysłuchuję się jak warczy i miesza. Potem zapada cisza i odruchowo chodzimy na palcach i szepczemy: "ciasto na chleb rośnie, ciii!!" Radosne pip-piiip oznacza, że wyrosło.
Przekładam to ciasto na blaszki, znów pozwalam mu rosnąć, smaruję jajkiem, posypuję ziarnami i do piekarnika. Porzuciłam nadzieję, że uda mi się upiec równie dobry chleb w maszynie. Wychodzi mi jedynie brioszka i drożdżówka. Chleb albo jest zbyt gliniasty, albo zapada się przed końcem pieczenia do środka. Dlatego wolę tradycyjny piekarnik - chleb zawsze wychodzi.

Chleb razowy ze słonecznikiem

Składniki na dwa małe bochenki:
230 gramów pszennej mąki,
500 gramów mąki razowej żytniej,
2 łyżeczki soli,
1 łyżeczka cukru,
kulka świeżych drożdży wielkości orzecha włoskiego,
25 gramów miękkiego masła,
450 ml ciepłej wody,
łuskany słonecznik
oraz jajko i łyżka mleka (o temperaturze pokojowej)

Drożdże i cukier mieszam w miseczce. Do pojemnika maszyny do pieczenia chleba wlewam wodę, wsypuję mąkę, sól. Dodaję rozpuszczone drożdże, ale tak by nie  miały bezpośredniego kontaktu z solą. Wrzucam masło posiekane na kawałeczki. Włączam program "ciasto" i zabieram się za coś co muszę zrobić lub czytam książkę.
Na sygnał "pip-piiip" wracam do kuchni. Przekładam ciasto do miski i dodaję pestki słonecznika, wyrabiam lekko. Przekładam do posmarowanych tłuszczem i wysypanych mąką blaszek keksowych. Ustawiam w ciepłym miejscu i przykrywam ściereczką. Po półgodzinie rośnięcia włączam piekarnik i nagrzewam do 200 stopni Celsjusza. Gdy ciasto podwoi swoją objętość smaruję roztrzepanym jajkiem, wymieszanym z łyżką mleka. Posypuję słonecznikiem. Piekę ok. 45 minut. Studzę na kratce.
Wychodzi zawsze.

29 października 2009

Gorąca herbata i muffiny gruszkowo-orzechowe

Olbrzymie ciemne chmury zasnuły wczoraj niebo, gdy wracałam do domu. Marzyłam o filiżance gorącej herbaty i czymś słodkim do tego.
Dziecko rwało się do pomocy: "Pieczemy ciasto?" W koszyku leżały brzydkie, nakrapiane gruszki. Nikt jakoś nie miał ochoty jeść ich na surowo: gruba, plamiasta, zielona skóra przypominała bowiem grzbiet ropuchy. "Żabie gruszki" mają jednak świetny smak i nadają się do muffinów.

Muffiny gruszkowo-orzechowe

Składniki:
2-3 gruszki,
250 gramów mąki,
30 gramów orzechów włoskich,
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia,
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej,
szczypta soli,
1 jajko,
120 gramów cukru,
80 ml oleju,
200 ml mleka

Formę do muffinek (12 sztuk) smaruję masłem, posypuję mąką. Można też umieścić w niej  papierowe foremki. Włączam piekarnik by nagrzał się do 190 stopni Celsjusza.
Obieram gruszki, kroje na ćwiartki, usuwam gniazda nasienne, kroję na małe kawałki.
W misce mieszam najpierw suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól. Dodaję gruszki i orzechy.
W innym pojemniku mieszam jajko z cukrem, olejem i mlekiem. Przelewam do mącznej masy, starannie mieszam. Przekładam ciasto do foremek, do 3/4 wysokości. Piekę ok. 30 minut. Posypuję jeszcze ciepłe cukrem pudrem.
Zaświecone tea lighty, gorąca, aromatyczna herbata w dzbanku i ten jesienny wieczór staje się miły i nastrojowy.
Zapomniałabym: dziecko nalegało by do ciasta dodać odrobinę czekolady. Skruszyliśmy 4 kostki gorzkiej i wymieszaliśmy z całością.

28 października 2009

Makaron. Pieczona dynia. Radość

Pękate dynie znikają z warzywniaków, dziś ruszymy na poszukiwania, bo w piątek do przedszkola Mały Miłośnik Dyń, Strachów, Nietoperzy i Święta "Hałolin" chce zanieść dyniowy lampion.
Tato będzie wybierać miąższ, wycinać oczy i zębiska. Na razie to ja mam najbliższe spotkania z dynią. Zostawiłam sobie ćwiartkę dyni robiąc kolejną zupę dyniową. W planach miałam ciasto dyniowe z lukrem, pumpkin pie lub inne pyszności, które znaleźć można na blogu Kevina. Jednak okazało się, że szybki obiad jest niebywale potrzebny.

Makaron z pieczoną dynią
Składniki:
ćwiartka dużej dyni,
1 duża czerwona cebula,
300 gramów makaronu wstążki różnokolorowego,
świeży szpinak lub rukola,
kilka pomidorków koktajlowych,
parmezan do posypania,
prażone pestki słonecznika,
oliwa, sól, pieprz

Dynię i cebulę obieram. Pierwszą kroję w kostkę, drugą w piórka. Przekładam do naczynia żaroodpornego, skrapiam oliwą, lekko przyprawiam i wkładam do gorącego piekarnika (190 stopni) na półgodziny.
Gotuję makaron, odcedzam i przekładam do dużej miski lub na talerze. Posypuję zielonymi listkami rukoli lub szpinaku, wykładam upieczoną z cebulą dynię, dodaję pomidorki koktajlowe przekrojone na pół, posypuje pestkami słonecznika i parmezanem.

No a radość jest  najpierw z pięknej dyni, a później z jedzenia.

24 października 2009

Słodki wieczór. Pâte à beignets. Jabłka



Deser, lekka kolacja, czasem podwieczorek. Moja babcia serwowała nam jabłka w cieście, gdy był sezon na papierówki, gdy było zatrzęsienie jesiennych jabłek, gdy przygotowywała do leżakowania zimowe jabłka.
To smak z mojego dzieciństwa - ciepłe, pachnące wanilią, posypane grubym cukrem.
Postanowiłam przypomnieć ten smak i podarować go mojemu dziecku.
Kiedyś, przy okazji tłumaczenia dla pewnej izby rzemieślniczej dowiedziałam się od francuskiego cukiernika, że ciasto, w którym przygotowuje się jabłka to pâte à beignets. Klasyczny sposób na przygotowanie owocowych pyszności. Bo w tym cieście można smażyć nie tylko jabłka, ale też ananasy, gruszki, banany i pigwy.
Pan był pracownikiem Centre d'Études et de Documentation du Sucre (organizacji skupiającej producentów cukru we Francji, zajmujacej się promocją cukru i informacją na jego temat) opowiadał cały czas o sposobach przygotowania różnych desrów, sypał przepisami z rękawa. (Cukrowa strona)


Jabłka w cieście

Składniki:
ok. 1 kilograma jabłek,
125 gramów mąki,
łyżka oliwy,
łyżka cukru,
jajko,
szklanka mleka i wody (pół na pół),
szczypta soli,
kropelka olejku waniliowego,
olej do smażenia,
cukier do posypania

Obieram jabłka ze skórki, obierakiem do warzyw usuwam gniazdo nasienne, kroję jabłka na plastry, nie za grube.
Do miski wsypuję mąkę, dodaję jajko, olej, cukier, sól, olejek waniliowy, mleko z wodą. Całość mieszam tak, by nie było grudek. Ciasto nie może być za gęste, ma delikatnie pokrywać jabłka. Połowę jabłek wrzucam do miski, delikatnie zanurzam je w cieście. Wykładam krążki na rozgrzaną, natłuszczoną patelnię. Smażę z obu stron na złoto. Wyjmuję na bibułę by odsączyć z nadmiaru tłuszczu, przekładam na talerz, posypuję cukrem. Podaję ciepłe.

23 października 2009

Podróżnik w kuchni. Chili con carne


Mam książkę kucharską "Podróżnik w kuchni", którą bardzo lubię, mimo że jest zupełnym niewypałem wydawniczym. Źle przetłumaczone przepisy, nieznajomość składników, pozamieniane zdjęcia pokazują tylko zupełny brak profesjonalizmu wydawnictwa Pascal. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia zepsuta przez nich książka. Na szczęście średnio zorientowany miłośnik gotowania domyśli się z kontekstu o co nie chodziło tłumaczowi, a co napisała autorka.
Wiem, że to nie wina autorki Vicky Smirli, która w Grecji jest jedną z bardziej znanych autorek kulinarnych tekstów w czasopismach i gazetach. Kiedyś pracowała jako stewardessa w Olimpic Airways i wtedy, latając od kraju do kraju, zaczęła interesować się kuchnią. Jej pierwsza książka "Studentka w kuchni" to ponoć bestseller w Grecji.
"Podróżnik w kuchni" to kulinarna podróż przez 12 krajów, z najbardziej charakterystycznymi potrawami, opisami zwyczajów i przyzwyczajeń kulinarnych danych narodów. I przemierzamy stoły Anglii, Francji, Turcji, Meksyku, Japonii, Maroka, Egiptu, a także Szwecji, Indii i Włoch.
Z tej książki pochodzi właśnie przepis na chili con carne. Trochę przeze mnie zmodyfikowany - wołowinę zamieniłam na indyka.


Chili con carne, wydanie drobiowe
Składniki:
500 gramów mięsa z piersi indyka pokrojonego w kostkę,
250 gramów czerwonej fasoli (może być z puszki),
2 cebule,
2 papryki (zielone lub czerwone),
2 ząbki czosnku,
kilka ostrych papryczek,
łyżka koncentratu pomidorowego,
1/2 łyżeczki kuminu,
1 łyżka cukru,
sól, pieprz
świeża kolendra do przybrania
ostry żółty ser do posypania
kwaśna śmietana.

Dzień wcześniej namaczam czerwoną fasolę. Gdy napęcznieje gotuję ją by była półtwarda - do miękkości dojdzie w chili.
Rozgrzewam oliwę na głębokiej patelni, obsmażam mięso pokrojone w większą kostkę. Wyjmuję je, na tym samym tłuszczu smażę cebulę pokrojoną w kostkę i drobno pokrojony czosnek. Dodaję pokrojoną w kostkę paprykę, chili, koncentrat pomidorowy, kumin, cukier. Podlewam wodą, tak by mięso było zanurzone w sosie. Duszę na małym ogniu aż mięso będzie miękkie. Dodaję fasolę, jeszcze trochę duszę. Wykładam porcje na talerz, przybieram zieleniną, posypuję serem i daję kleks śmietany.

Książkę wydało Wydawnictwo Pascal

22 października 2009

Od zupy do czekoladowości



Czekoladowość
to jest właśnie ten stan skupienia, jaki wykazuje klasyczne amerykańskie ciasto czekoladowe zwane brownie.
Czytam sobie właśnie książeczkę, którą mam od roku i jakoś tak poniewierała się między książkami o literaturze i kucharskimi, bo za bardzo nie wiedziałam, gdzie ją wstawić.
Napisał ją fotoreporter Mark Crick, co już jest dużym zaskoczeniem. Kto zna fotoreporterów, ten wie dlaczego. W dodatku autor jest Anglikiem, co kulinarnie też nie nastraja.
"Zupa Franza Kafki" (Prószyński i S-ka) to nie jest zwykła książeczka z przepisami. To coś więcej. Mały przewodnik po historii literatury światowej w 14 przepisach. Każdy rozdział napisany jest w stylu danego pisarza. Zabawne do łez. Tytułowa zupa, zwłaszcza.
W książce znajdują się następujące przepisy:
- Jagnię w sosie koperkowym à la Raymond Chandler
- Jajka z estragonem à la Jane Austen
- Szybka zupa miso à la Franz Kafka
- Wypasione ciacho à la Irvine Welsh
- Tiramisu à la Marcel Proust
- Coq au vin à la Gabriel García Márquez
- Risotto z grzybami à la John Steinbeck
- Luzowane kurczęta z nadzieniem à la markiz de Sade
- Clafoutis Grand-mère à la Virginia Woolf
- Fenkata à la Homer
- Kurczę po wietnamsku à la Graham Greene
- Sola à la Dieppoise à la Jorge Luis Borges
- Grzanki z serem à la Harold Pinter
- Tarta z cebulą à la Geoffrey Chaucer

Zainspirowało mnie Wypasione ciacho à la Irvine Welsh. "Kiedy wparowuję do pokoju z wielkim talerzem czekoladowego zbawienia, wszyscy się szczerzą".
Jednak nie na tyle by zrobić ciasto według tego przepisu, ale żeby powtórzyć tę czekoladowość w moim własnym brownie. Klasyczny przepis, zakropiony lekko na okoliczność jesiennej pogody.


Brownie zakrapiane
Składniki:
150 gramów czekolady (lubię Wedla gorzką, ale ona ma tylko 64 proc. masy kakaowej, jak ktoś woli wersję bardziej czekoladową może kupić Lindta 70, 80 lub więcej procent)
kostka masła (miękka)
3 jajka
kieliszek porto (ok. 1/4 szklanki)
150 gramów mąki
250 gramów cukru
dwie garście grubo siekanych orzechów włoskich

Czekoladę łamię na kostki, rozpuszczam w miseczce ustawionej nad garnuszkiem z gotującą się wodą (bain marie). Miksuję masło aż stanie się puszyste. Dodaję rozpuszczoną, ciepłą czekoladę, jajka, cukier, mąkę, porto. Miksuję, żeby dobrze się połączyło. Na koniec wsypuję orzechy - nie miksuję już, ale mieszam drewnianą łyżką. Przekładam całość na małą blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190-200 stopni na 20-30 minut.


Wilgotna czekoladowość, zapach porto i orzechy - to połączenie osładza i ociepla jesienne wieczory, bo brownie smakuje najlepiej zaraz po wyjęciu z piekarnika, jeszcze ciepluśkie.

21 października 2009

Pierniczki, pierniczki

A tak. Wcale nie jest na nie za wcześnie. Dzieci wałkowały, wycinały i to efekt ich pracy. Teraz pierniczki czekają w puszkach na herbatniki. Aż zmiękną. W grudniu będziemy je lukrować, ozdabiać i te, które mają zrobiony otworek zapałką zawisną na choince.
Wystarczy otworzyć puszkę by poczuć ten świąteczny zapach...

Pierniki Mikusia i Matusia

Składniki:
300 g miodu (ok. szklanki)
200 g cukru
pół kostki masła
torebka przyprawy do pierników
1 kilogram mąki
2 łyżki kakao w proszku
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko

W rondelku rozpuszczamy miód, cukier i masło. Mieszamy. Dodajemy przyprawę do pierników. Odstawiamy do ostudzenia. Przelewamy wszystko do dużej miski dodajemy mąkę, kakao, proszek do pieczenia, jajko. Mieszamy, przekładamy na posypaną mąką stolnicę. Wyrabiamy, formujemy kulę. Kroimy ją na pół. Jedną z części rozwałkowujemy na grubość ok. pół centymetra. Wykrawamy foremkami pierniczki. Układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Kto lubi może powlepiać w pierniki orzechy lub migdały. My tego nie robimy, bo dzieci nie lubią. Pieczemy 15 minut w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku.
Gotowe pierniki przekładamy do puszek. Niech czekają na święta.



11 października 2009

Pora na pory



Danie opisane tutaj, w tej książce. Wydawało się królewskie, bo było istotne dla fabuły, ale okazało się zwykłe. Zwyczajnie przeciętne. Smaczne, ale nie magiczne.


Pory zapiekane

Składniki:
2 duże pory bez zielonych części,
1 cebula,
250 g serka mascarpone,
1/2 szklanki tartego parmezanu,
sól,
pieprz,
gałka muszkatołowa,
1/4 szklanki grappy lub wódki

Pory i cebulę kroimy na talarki. W miseczce mieszamy serek mascarpone, sól, pieprz, wódkę. Dodajemy do warzyw. Mieszamy. Wykładamy całość do naczynia żaroodpornego, posypujemy parmezanem. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego na 200 stopni na pół godziny.


Znacie inne dania opisane w literaturze, pokazane w filmach, które okazały się przeraźliwie przeciętne??

10 października 2009

Dynia, pumpkin, citrouille, calabaza....


Powoli, wielkimi krokami, zbliża się dyniowe święto. Żółto-pomarańczowo-czarne. Nie ma u nas tradycji robienia dyniowych lampionów, nie za dużo mamy też przepisów na dyniowe przysmaki.
Dziś jadąc z Wrocławia w kierunku Poznania zobaczyłam prawdziwe pole dyń, takie jak w Stanach Zjednoczonych. Nie było tam jednak tłumów wybierających dynie.
Dyniową tradycję próbuje stworzyć wrocławski Ogród Botaniczny, jutro rozpocznie się tam Festiwal Dyni.
Swoją dynię kupiłam w warzywniaku, po 1,22 za kilogram. Średniej wielkości dynia ważyła ponad siedem kilo. To moja druga dynia w życiu. Po raz pierwszy dynię kupiliśmy w tamtym roku. Dziecko - przedszkolak chciało mieć lampion. Zadziwił nas i mile zaskoczył zapach dyni, jej jedwabistość, delikatny miąższ.
Wydrążony, zębaty lampion stał sobie przez trzy dni aż zwiądł. Z bólem serca wyrzuciłam go do śmieci i obiecałam, że w przyszłym sezonie będę gotować dyniowo. Wyszukałam masę przepisów, a i tak zrobiłam, tak jak dyktowała mi fantazja i poczucie smaku.

Zupa dyniowa z czosnkiem

Składniki:
pół średniej wielkości pięknej pomarańczowej dyni,
3 ząbki czosnku,
około 1 litra wywaru wołowo-warzywnego,
sól,
pieprz (sporo),
listek laurowy,
oliwa z oliwek,
tarty ser żółty,
śmietana.

Gotuję wywar z warzyw i wołowiny. Odcedzam warzywa i mięso (wykorzystam je być może jako farsz do pierogów z mięsem, na razie spoczywa w zamrażarce). Przekrawam dynię na pół, czyszczę z pestek. Później kroję na mniejsze części, obieram ze skórki i kroję w kostkę. Na dużą patelnię nalewam trochę oliwy z oliwek, wrzucam pokrojoną dynię. Lekko podsmażam, a właściwie duszę. Solę, dodaję pieprz i zmiażdżony czosnek. Całość zalewam wywarem, dodaję liść laurowy. Pozwalam dyni w wywarze pyrkać aż zmięknie. Łyżką cedzakową wyjmuję dynię z wywaru do innego dużego naczynia (garnka), miksuję. Dolewam wywaru, listek wyrzucam, mieszam. Podgrzewam jeszcze raz. Wlewam do miseczek, robię kleks ze śmietany, posypuję tartym żółtym serem.

Tak naprawdę zupę z dyni zawsze robi się podobnie, jej smak zależy bowiem nie od samej dyni, ale od przypraw. Można ją więc zrobić np. z gałką muszkatołową, albo z ostrym chili, można dodać mięsa, można posypać grzankami. Dobra będzie też zupa z ziołami - majerankiem, oregano. Kusi mnie wersja z suszonymi pomidorami i bazylią. Gdzieś czytałam przepis na zupę z dyni z marchewką i cebulą, ale w tym przypadku, moim zdaniem może być to za mdłe.
Wariacji jest mnóstwo. Zapraszam do dyniowej zabawy :).

Na blogu Zacisze wyśnione autorka odsyła do Country Living, gdzie zamieszczone są bardzo fajne propozycje na dekoracje z dyń. Pozwalam sobie zamieścić dwa zdjęcia stamtąd.

9 października 2009

Apfelstrudel moja miłość


Odkąd rozciągnęłam, zawinęłam i upiekłam Apfelstrudel chodzi za mną... wątrobianka. A dokładniej wielka austriacka jeszcze ciepła buła z Leberkaese, którą można kupić w każdym sklepie mięsnym. Do buły dodają moją kochaną Kartoffelsalat, no i jeszcze zjadłabym wiedeńskie paróweczki na gorąco sprzedawane z budek. Pychota z miodową musztardą. Nazywają się bodaj Wienerli.
W domu babci na wzór austriacki jadało się od czasu do czasu sznycle cielęce - cieniuchne i dobrze wysmażone, podawane z cytrynką.
Generalnie kuchnia dawnych Austro-Węgier bardzo jest mi bliska. Apfelstrudel to ciasto, które moja babcia nazywa najłatwiejszym ze wszystkich i na dowód wymachuje cieniutkim ciastem w powietrzu. Do takiej wprawy jeszcze nie doszłam, ale wszystko przede mną.

Apfelstrudel

Składniki:

ciasto:
250 gramów mąki,
1 jajko,
ok. 160 ml wody,
sok z 1/2 cytryny,
szczypta soli

farsz:
1 kg jabłek
2 łyżki rodzynek
2 łyżki prażonych migdałów
20 gramów masła,
bułka tarta,
cukier puder
cynamon

Mąkę mieszam z jajkiem, solą, sokiem z cytryny, podlewam stopniowo wodą zagniatając ciasto. Wyrabiam aż pojawią się pęcherzyki. Rozwałkowuję najpierw na brzegach, a potem biorę ciasto na przedramiona i nad ściereczką położoną na blacie rozciągam ciasto. Czasem robią mi się dziurki, ale rzadko. Rozciągam i rozciągam aż zrobi się cieniutkie.
Układam na blacie, niech odpoczywa ok 10 minut.
Obrane jabłka, pokrojone na cienkie plasterki mieszam z rodzynkami, cynamonem, migdałami. Dodaję trochę soku z cytryny. Do tej wersji Apfelstrudla dołożyłam jeszcze resztkę malin.
Ciasto polewam roztopionym masłem, posypuję bułką tartą. Wykładam na nie jabłka i zwijam dość szczelnie, ale tak by mi się ciasto nie podarło, w rulon. Końce zakręcam - jeśli są za grube obcinam nożyczkami - i podkładam pod ciasto. Całość znów polewam obficie topionym masłem, wkładam do rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika na 40 minut.
Jeszcze ciepły Apfelstrudel posypuję cukrem pudrem.

Można pałaszować go na ciepło z gałką lodów waniliowych, można na zimno z bitą śmietaną.
A w tle, gdy zajadam ciepły kawałek Apfelstrudla, niezmiennie od lat, słyszę piękny walc Johana Straussa II "Nad pięknym, modrym Dunajem". I czuję kawę, wspaniałą kawę, której można napić się w wiedeńskich kawiarniach.
Słyszę też śmiech eleganckich starszych pań, które tuż przed sylwestrem kupiły w ulicznej budce po kieliszku szampana i składają sobie życzenia...

Bo herbata rośnie w Chinach



Czeska Chinka Tang Yuling-Ruskova pokazuje we wrocławskim Muzeum Narodowym wspaniałą kolekcję czajniczków do parzenia herbaty. Ma ich ponad tysiąc, wszystkie ze słynącej z produkcji świetnej ceramiki chińskiej miejscowości Yixing położonej w prowincji Jiangsu. Każdy z nich to prawdziwe arcydzieło! Są tam imbryczki w imbrykach, pękate dynie, kwiaty lotosu, koszyki, naczynia w kształcie mnicha, ptaka, łódki, pnia wiśni... Piękne, wiele w szlachetnym kolorze purpurowej kamionki, gładkie, zdobione.
- Herbata rośnie w Chinach - powtarzał zawsze mój tato - ale nie pisze jej się przez ”ch” - dodawał ucząc mnie ortografii.
Odkryto ją w Chinach aż ponad 2000 lat przed naszą erą. Ponoć zawdzięczamy to cesarzowi Shennongowi (i chwała mu za to). Pewnego dnia gotował wodę w ogrodzie, a wiatr strącił mu do niej listki herbaty. Cesarz wypił napar i zachwycił się jego smakiem.
Wystawa pokazuje też kulturę picia herbaty. Receptury jej parzenia zmieniały się przez stulecia. Sposób, jaki nam wydaje się oczywisty i jedyny wcale nie obowiązywał w Chinach. Na samym początku używano tylko suszonych liści. Dodawano je do zupy! Gotowano z warzywami, owocami, solą i imbirem. Potem przyszła moda na cegiełki z liści. Przygotowywano mieloną masę herbacianą, nakładano ją do foremek o różnych kształtach i suszono w piecu. By napić się naparu trzeba było cegiełki zmielić na proszek, do tego był potrzebny specjalny młynek. Proszek wsypywano do gotującej się wody, dodawano skórkę pomarańczową lub cebulę! Popularny był też sposób parzenia ubitego proszku - zalewano go wodą i bełtano za pomocą bambusowego pędzelka, aż pojawiła się piana. Ten sposób wciąż kultywują Japończycy.
Herbaty aromatyzowane np. jaśminem pojawiły się stosunkowo późno, bo w epoce Ming (XIV-XVII wiek) I wreszcie zapamiętałam podział herbat:
zielona, czyli niefermentowana
wulong, czyli półfermentowana
czerwona - całkowicie fermentowana
czarna - dojrzewająca.
Chińczykom prócz herbaty zawdzięczamy też herbaciane utensylia - czarki, filiżanki, czajniczki, a nawet spodki. Porcelanowe, kamionkowe, żeliwne. Właściecielka kolekcji Tang Yuling-Ruskova zbiera czajniczki z purpurowej kamionki, z połowy XX wieku. Dzięki mikroporom ten rodzaj czajniczków zatrzymuje aromat parzonej herbaty, dlatego w jednym nie można parzyć różnych rodzajów herbat. Wystawa ”Czajniki z Yxing” we wrocławskim Muzeum Narodowym trwa do 15 listopada.
Za tydzień - 17 października - organizowany jest dzień otwarty "Wokół chińskiej herbaty". W programie m.in. oprowadzanie po wystawie, ceremonia parzenia herbaty, pokazowa lekcja języka chińskiego, warsztaty kaligrafii, ćwiczenia tai chi, zabawy dla dzieci, kiermasz chińskiego rękodzieła. Będzie można wygrać zestawy prawdziwej chińskiej herbaty. Początek o godz. 13. Wstęp wolny.




Imbryczki, czajniczki w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
Zdjęcia pochodzą ze strony Muzeum Narodowego

7 października 2009

Znalazałam bloga

Zajęta, wiecznie zajęta. Ale w tym amoku znalazłam bloga, który ujął mnie prostotą niezdrowych przepisów. Autorem jest niejaki Kevin z Toronto, który gotuje w maleńkiej kuchni. Kanapki, tosty, sałatki to jego dzieła. Spodobał mi się ten blog, bo nie ma tam designarskiego zacięcia, autopromocji i grafomanii. Są za to przepisy na szybkie dania. Ostatnio mam potworną ochotę na coś niezdrowego...
Zobaczcie same.
Kevin's Closet Cooking from Toronto

15 września 2009

Tym razem o zdrowym odżywianiu zabieganej kobiety


Często wracam do tej książeczki i próbuję usystematyzować mój dość nieregularny sposób odżywiania. Wciąż brakuje mi konsekwencji, a szczególnie wieczornego przygotowywania posiłków do pracy na kolejny dzień.

Nie należę do oszalałego klanu bento - pewnej znajomej Japonce przygotowanie ryżowych pokemonów zajmowało cały dzień... Nie mam nawet takich aspiracji.

Wystarczą kanapki, sałatka, surówka może makaron z warzywami...

Na razie czytam ponownie poradnik Izy Czajki, bo z konsekwentnym i przemyślanym robieniem zakupów i gotowaniem u mnie krucho.


8 września 2009

Smaki Wenecji



"Tysiąc dni w Wenecji" Marleny de Blasi (Wydawnictwo Literackie) przeczytałam już wczoraj. Beletryzowana biografia autorki bardzo mnie zaskoczyła. Bohaterka, kobieta dojrzała i po przejściach poznaje przypadkiem wenecjanina, który stracił dla niej zupełnie głowę. Ona nieufna i doświadczona przygląda mu się z dystansem i choć w końcu decyduje się na przeprowadzkę z Ameryki do Włoch, nie robi tego bez zastanowienia, na fali emocji. Jej wybranek nie jest Don Juanem - smutny urzędnik bankowy o pomarszczonych kolanach i chudych nogach budzi w niej raczej czułość, a nie pożądanie. Fernando jest ujmującym romantykiem i to właśnie sprawia, że pragmatyczna Amerykanka postanawia spędzić z nim resztę życia. Likwiduje swoją restaurację, sprzedaje dom i wyrusza do kraju Dantego. Nie zachwyca się każdym pomidorem, cegłą, czy gondolą Serenissimy. Przyjmuje to miasto z jego trudnym i niedostępnym dla ludzi z zewnątrz charakterem. Nie jest łatwo żyć z Włochem we Włoszech. Przysłowiowa włoska spontaniczność nie dotyczy wenecjan. Przyjezdnych trzymają na dystans, nie pozwalają się do siebie zbliżyć, nie są kordialni, ani otwarci. Woda stwarza dystans, który niełatwo przepłynąć. Marlena nie poddaje się, szuka dla siebie miejsca. A nie jest to łatwe, bo nawet jej talent kucharski i umiejętności, które były dla niej kiedyś sposobem na życie, budzą w jej mężu zakłopotanie.
Włoch uważa, że nie wypada aż tak dobrze jeść i krytykuje starania Marleny.
Zadziwiła mnie ta książka, bo nie jest pełna pustych zachwytów nad urokami Europy, nie ma tu bezrefleksyjnej i bezkrytycznej bohaterki. Autorka opowiada historię niełatwej adaptacji do nowego środowiska. Pokazuje, że brak wspólnego kontekstu kulturowego czasem jest barierą nie do pokonania. Na szczęście zakochanym ludziom łatwiej znaleźć wspólny język. Późne uczucie rozkwita bez rywalizacji, nie niszczą go ambicje partnerów, a doświadczenie życiowe obojga pozwala docenić miłość, która połączyła ich w dojrzałym wieku.
I co najciekawsze droga do serca partnera nie widzie w tym przypadku przez żołądek. Marlena gotuje, ale najpierw robi to dla siebie, bo Fernando nie jest wrażliwy na jedzenie. Dopiero z czasem odkrywa uroki stołu i zaczyna zmieniać swoje życie, upływające do tej pory w wilgotnej i zagrzybiałej Wenecji. Powiew z Nowego Świata obudził w nim radość i smakowanie każdej chwili. Opuszczają miasto by zamieszkać w Toskanii. (Niebawem wyjdzie "Tysiąc dni w Toskanii").
W książce znajdziemy przepisy na dania, które Marlena przygotowywała dla Fernanda: zapiekankę z porów, sos orzechowy, smażone kwiaty cukinii, chlebek ziemniaczany, zapiekaną dynię i wiele, wiele innych. Wszystkie mają amerykańskie pochodzenie, ale brzmią smakowicie. Może skuszę się i wypróbuję.


7 września 2009

Ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką


Przyszedł czas na węgierki. Na razie jeszcze za wcześnie by robić powidła. Moja babcia zawsze zostawiała jedno drzewo, nazywaliśmy je powidłowym, na późniejsze zbiory. Te węgierki były przejrzałe, słodkie i nie dało się ich już zjeść. Wymarzone śliwki na powidła. Nie mam niestety żadnego drzewa węgierkowego za oknem.
Mam natomiast kosz węgierek. Upiekłam całą blachę ciasta. Mój mały smakosz zwykle wydłubuje owoce z ciasta, tym razem zjadł trzy wielkie kawałki, od serca ukrojone i stwierdził: "Upiekłaś mamo najlepsze ciasto na świecie". To największa i najważniejsza pochwała, jaką w życiu dostałam :)
To ciasto wychodzi zawsze, można je robić tradycyjnie, czyli wyrabiać ręcznie, można też (ja tak zrobiłam) wykorzystać maszynę do chleba. Wychodzę z założenia, że zdobycze techniki i świadectwa rozwoju cywilizacji trafiają też do kuchni, więc nie ma co się katować i mięsić ciasto drożdżowe ręcznie. To nie te czasy, gdy w przepisach na ciasto drożdżowe radzono: "wziąć krzepką dziewczynę do wyrabiania". Radzę więc: włącz maszynę do chleba. Przepis przywiozła w swoim wianie z dawnych Austro-Węgier moja babka. A sekret tkwi w cynamonie...

Placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką
Składniki:
Placek: 1/2 kg mąki,
1/2 szklanki ciepłego mleka,
2 jajka (nie mogą być prosto z lodówki, bo wtedy są za zimne, powinny chwilę poleżeć w kuchni przed użyciem),
60 gramów cukru,
szczypta soli,
20 gramów drożdży (kulka wielkości orzecha włoskiego),
60 gramów masła

Na placek:
ponad 1 kg śliwek, wypestkowanych, pokrojonych na połówki
cynamon do smaku,
gruby cukier kryształ

Kruszonka:
100 gramów mąki,
50 gramów cukru,
cynamon do smaku,
50 gramów masła

Najpierw kruszę drożdże i dodaję do nich cukru, gdy się rozpłyną dolewam mleka i mieszam. Do maszyny wsypuję mąkę, robię w jednym rogu naczynia dołek i wlewam tam drożdże z mlekiem i cukrem, w przeciwnym rogu pojemnika umieszczam szczyptę soli. Włączam program "ciasto" nr 8, który trwa 1 godzinę i 30 minut. Kiedy maszyna zaczyna wyrabiać ciasto dolewam do pojemnika stopniowo rozpuszczone ciepłe masło. Kiedy program dobiegnie końca wyjmuję na stolnicę wyrośnięte ciasto, rozwałkowuję je i układam na blasze wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Zostawiam w cieple na 20 minut, a później układam na nim śliwki, przekrojonymi połówkami do góry, posypuję grubym cukrem wymieszanym z cynamonem. No to wszystko sypię kruszonkę i wkładam na 40 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza.

1 września 2009

Będą z tego pyszne gołąbki


Uwielbiam grecką kuchnię. No po prostu uwielbiam. Za proste składniki, świeże zioła, bo niesie w sobie afirmację życia, niezachwiany optymizm obecny w każdych okolicznościach i tych dobrych i tych złych. Zazdroszczę Grekowi Zorbie umiejętności cieszenia się z każdej chwili. Spontaniczność, taniec, zabawa, śpiew, towarzystwo, miłość, kuchnia - to co najlepsze z życia trzeba smakować w każdym jego momencie.
Gotując "greckie" nie czuję się , jak cudzoziemiec, który wyczuwa to ciepło i słońce na odległość, nie czuję, że ten sposób życia, ta mentalność jest poza moim zasięgiem.
Wręcz przeciwnie - co za radość, gdy jemy to, co greckie w radosnym, rodzinnym gronie, gdy są z nami przyjaciele. Aż chce się zatańczyć taniec Zorby, bo życie mamy przecież tylko jedno.

Na poczet greckiego słońca, by czuć je także zimą zrobiłam liście winorośli w solance. Będą z nich pyszne dolmades - gołąbki z liści winorośli.

Liście winorośli w solance

Składniki:
100 młodych liści winorośli
10 g soli
1/2 litra wody
Liście myję, osuszam, odcinam ogonki, zwijam w ruloniki po 10 sztuk, układam w słoiku. Zalewam ciepłą solanką. Zakręcam, gotuję w kąpieli wodnej, dokręcam. I już.
P.S. Przepis znajdziecie też tu

31 sierpnia 2009

Pożegnanie lata we włoskim stylu

A może powitanie jesieni? Beppi mieszka w Londynie, daleko od swoich ukochanych Włoch. Na deszczową wyspę zabrała go ukochana. Nie byłby Włochem, gdyby nie stworzył swojej małej ojczyzny na własnym podwórku. Prowadzi restaurację "Mała Italia". Obok delikatesy ma Gianfranco. Choć pochodzą z tej samej wioski, nie rozmawiają ze sobą, nie pozwalają przyjaźnić się swoim dzieciom. Zadawniona uraza, rodzinna vendetta? Co się kryje za tą trwającą od dawien dawna waśnią?
Beppi uwielbia gotować i jeść, a także patrzeć, jak jedzą inni. Karmienie domowników i gości restauracji sprawia mu prawdziwą przyjemność. Dania przygotowuje osobiście, lubi o nich opowiadać i smakować.
Swoją życiową pasją zaraził jedną ze swoich córek Adoloratę. Nie jest jej jednak łatwo - ojciec jest zaborczy i nadopiekuńczy, nie lubi też nowinek w restauracji. Pieta, starsza z córek, projektantka sukien ślubnych, nie musiała walczyć o niezależność. Do czasu, gdy na jej drodze pojawił się syn znienawidzonego Gianfranca.
Wyśmienita rodzinna saga, napisana lekko i dowcipnie, doprawiona włoskimi smakami. I mimo że akcja rozgrywa się w wilgotnym Londynie, czujemy się, jak w słonecznej Italii. Beppi zarazi pasją życia, pasją jedzenia i włoskim temperamentem najbardziej melancholijnego czytelnika.

"Przepis Beppiego na melanzane alla parmigiana.
To bardzo łatwe. Po co komuś w ogóle potrzebny przepis? Córki pomagały mi w przygotowaniu tej potrawy, kiedy jeszcze były małymi dziewczynkami. Przyrządzacie po prostu sos neapolitański. Co to znaczy, że nie wiecie jak? Cose da pazzi! No dobrze, objaśnię wam. Oto, czego potrzeba: 2 bakłażany, 1 cebula, 1 słoik tomato passata, 2 jajka, zwykła mąka, sól, pieprz, bazylia, dużo startego parmezanu, trochę startej mozarelli, oliwa z oliwek, olej roślinny.
Oto mój sposób przyrządzenia tego dania. Najlepszy, oczywiście. Najpierw pokrójcie bakłażana w plasterki, nie za grube, nie za cienkie. Posólcie i zostawcie na godzinę na cedzaku, aby obciekły. Spłuczcie sól zimną wodą i osuszcie warzywa czystą ściereczką.
Teraz przygotujcie sos neapolitański. Posiekajcie drobno cebulę, podsmażcie na oliwie z oliwek i wlejcie tomato passata. Dodajcie bazylię, szczyptę soli i pieprzu i gotujcie na wolnym ogniu przez 20 minut. Teraz wasza kuchnia cudownie pachnie, co?
Roztrzepcie dwa jajka ze szczyptą soli i pieprzu. Każdy plasterek bakłażana zanurzcie w mace, a potem w roztrzepanym jajku i smażcie na oleju roślinnym, aż zrobią się złotobrązowe. O, i nie żałujcie oleju. Mannagia chi te muort, ludzie zawsze tak się przejmują olejem. Lejcie z butelki porządnie, nie po kropelce.
Ułóżcie usmażonego bakłażana w płytkim żaroodpornym naczyniu - nie więcej niż cztery warstwy - polewając każdą sosem neapolitańskim i posypując obficie utartym parmezanem. Obrzućcie z wierzchu całość mozarellą i pieczcie przez 20 minut w temperaturze około 150 stopni Celsjusza. (Tak, tak, wiem, że dwa bakłażany to za dużo, ale kto się oprze pokusie skosztowania paru kawałków prosto z patelni?) Uwaga Adoloraty: Papo, aż trudno w to uwierzyć. Nic dziwnego, że masz wysoki poziom cholesterolu".

"Włoskie wesele" Nicky Pellegrino, tłum. Ewa Horodyska
Prószyński i S-ka

Późne morele. Morelowe ciasto ekspresowe



Słodkie, aksamitne, pachnące. Pomarańczowe morelki. Leżały w koszyku w kuchni i jakoś nikt nimi się nie częstował. Zrobiłam z nich ciasto ekspresowe. W taki samym tempie zostało zjedzone.
To lekkie ciasto na koniec lata, na późne, letnie popołudnie.

Ekspresowe ciasto morelowe
Składniki:
250 g mąki,
2 żółtka
100 g cukru
250 g masła
cukier waniliowy
Około pół kilograma moreli wypestkowanych, przekrojonych na połówki
Budyń waniliowy
cukier do posypania owoców
tymianek, jeśli ktoś chce

Zagniatamy kruche ciasto: mąkę z tłuszczem siekamy nożem, dodajemy żółtka, cukier i cukier waniliowy. Formujemy kulę. Chłodzimy w lodówce przez pół godziny. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza.
W międzyczasie robimy budyń według przepisu na torebce.
Ciasto dzielimy na połowę. Jedną część rozwałkowujemy i wyklejamy okrągła foremkę. Podpiekamy ok. 15 minut w piekarniku. Wyciągamy wlewamy budyń, układamy morele przeciętą stroną do góry, posypujemy cukrem i tymiankiem. Drugą część ciasta ścieramy na tarce z dużymi otworami. Wkładamy do piekarnika na ok. 40 min.

30 sierpnia 2009

Urodzaj gruszek 1

Gruszki, gruszki - zielone, żółte, małe, duże. Soczysto - ziarniste. Kojarzą mi się z lepkimi palcami, sokiem kapiącym na czystą sukienkę i osami, które zaraz zaczynają krążyć w koło.
Nie przepadam za gruszkami, nigdy ich nie kupuję, nie jem. Lubię jedynie lody gruszkowe. A tu nagle dostałam olbrzymi wór gruszek. Gruchy, jak malowane, ale co z nimi zrobić?
Kiedyś dawno temu, w nieistniejącej już restauracji jadłam pyszną sałatkę: zielona sałata, plastry wątróbki, plasterki gruszek w occie, żurawina. Coś pysznego.
Poszukałam słoików, gruszki obrałam i zrobiłam gruchy w occie.
Gruszki marynowane
Składniki na 1 kg gruszek
Szklanka octu
250 g cukru
sok z cytryny
5 goździków
cynamon
imbir
1 i 3/4 szklanki wody

Obrane i pozbawione gniazd nasiennych gruszki skropiłam cytryną. Przygotowałam syrop z 1 szklanki wody, cukru, dodałam przyprawy, zagotowałam. Do tego wrzuciłam gruszki, gotowałam tak długo aż zrobiły się szkliste. Ułożyłam je w słoikach. Do syropu dodałam ocet i 3/4 szklanki wody. Znów zagotowałam. Kiedy marynata ostygła wlałam ją do słoików z gruszkami. Zakręciłam i postawiłam je na pokrywkach, denkiem do góry. Następnego dnia odwróciłam. Czekają na zimowanie w piwnicy.


A przepis na gruszki wysyłam Peli, która prowadzi Akcję "Spiżarnia"

Urodzaj gruszek 2



Z tego ciasta jestem szczególnie dumna, bo nie dość, że ładne, to jeszcze zostało przez domowników spałaszowane w mgnieniu oka.
Inspiracją był dla mnie bułgarski chlebek tutmanik (oryginalny przepis znajdziecie w książce Beaty Lipov "Bułgaria na talerzu").
Stamtąd wzięłam przepis na ciasto drożdżowe, ale oryginalnego farszu z fety nie zrobiłam, bo w kuchni zalegały mi gruszki.

Gruszkowy rozetkowiec


Składniki:
Ciasto:
2,5 szklanki mąki
kulka drożdży wielkości orzecha włoskiego
łyżeczka cukru
pół szklanki mleka
pół kostki roztopionego masła
szczypta soli

Marmolada gruszkowa:
Około 1 kg gruszek
2 jabłka
pół szklanki cukru
imbir, cynamon, 2 goździki
pół szklanki wody


Drożdże roztarłam z cukrem i dodałam mleko, wlałam do mąki. Zagniotłam ciasto, dodawałam stopniowo tłuszcz (odrobinę zostawiłam). Wyrobione ciasto zostawiłam w cieple, pod ściereczką, do wyrośnięcia.
W między czasie zabrałam się za marmoladę. Wrzuciłam około kilograma obranych i pokrojonych na kawałki gruszek, dodałam dwa jabłka, pół szklanki cukru, trochę cynamonu, imbiru i goździków. Podlałam wodą. Usmażyłam marmoladę.
Wyrośnięte ciasto podzieliłam na pięć części. Każdą rozwałkowywałam na placuszek, smarowałam marmoladą, zawijałam w rulonik i kroiłam na kawałki długości ok. 5 cm. Układałam je obok siebie w okrągłej formie tortowej nadzieniem do góry. Polałam resztą masła, piekłam przez ok. 50 minut w piekarniku o temperaturze 180 stopni.
Ładne wyszło prawda?

28 sierpnia 2009

Rozwiązanie

Ogłaszając konkurs nie wiedziałam, że nie będzie mnie tak długo w internecie. Jestem już jednak, wróciłam i nigdzie w najbliższym czasie się nie wybieram. Ogłaszam, potwornie spóźnione rozwiązanie konkursu, wszystkich cierpliwych i niecierpliwych za dłuugie opóźnienie PRZEPRASZAM.
Książka "Dom córek" wędruje do Cicho.
Gratuluję i proszę o przesłanie adresu na maila sniezka.gotuje@gmail.com

10 sierpnia 2009

Konkurs. Tym razem ”szampańska” powieść o trzech siostrach

”Było tam dwanaście próbek wina pochodzącego z rozmaitych parceli i jeszcze dwanaście, pochodzących z sześcioletnich zapasów pinot noir i chardonnay. To dawało trzydzieści jeden butelek, które oznaczono i ustawiono w najlepszym porządku na zniszczonym, dębowym stole. Tuż obok leżał notes Oliviera. Na czystej kartce u góry, dużymi, drukowanymi literami były wypisane trzy imiona. Na podłodze czekały pojemniki do plucia, na stole leżał chleb, aby wyczyścić podniebienie, a na kredensie spoczywała śliwkowa tarta, dzięki której miały przetrwać do południa. Zaczęły od najstarszych zapasów chardonnay. Clemantine rozlała niewielką ilość wina do kieliszków, po czym wszystkie zgodnie uniosły je do światła, porównując kolor.
- Jak nazwałybyście ten kolor? - spytała Clemantine.
- Ja bym go nazwała kolorem wina - odparła niepewnym głosem Edie.
- To kolor starego złota - stwierdziła Sophie z wyraźną pewnością siebie -
z domieszką słomy”.


To fragment powieści ”Dom córek” Sarah-Kate Lynch (Prószyński i s-ka), którą raczyłam się wakacyjnie. Rzecz o trzech siostrach rozgrywa się w pięknych okolicznościach Szampanii. Miła, ładna, trochę może naiwna, ale sympatyczna książka-czytadło, w sam raz na lato.

Książka do wygrania u mnie na blogu.

Czekam na wpisy w komentarzach do 14 sierpnia do północy. Losuję z wpisanych nicków i wygraną książkę wysyłam szczęśliwemu zwycięzcy. Powierzonych danych osobowych zwyciezcy nie zamierzam nigdzie, nikomu i nigdy przekazywać. Losowanie w sobotę 15 sierpnia.

A tu pyszności modelinowe do wygrania



9 sierpnia 2009

Książki czasem rozczarowują

Mam na półce kilka książek kucharskich, których kupno było zupełnym niewypałem. Oczywiście kupując dany tytuł nie sądziłam, że tak będzie. Przeglądałam przepisy, oglądałam zdjęcia i byłam święcie przekonana, że wybrana książka przyda mi się niesamowicie.
Mam książkę napisaną przez uznaną autorkę kulinariów, z której żadne danie mi się nie udało. Wciąż zastanawiam się w czym tkwi tajemnica i wciąż sięgam po tę książkę (z co raz mniejszym przekonaniem) w nadziei, że tym razem wyjdzie, ale każdy wypróbowany przeze mnie przepis to wielki niewypał.
Takim nieudanym zakupem jest dla mnie książka Ewy Aszkiewicz "Domowe wypieki. Ciasta i ciasteczka. Pyszne i sprawdzone przepisy kuchni polskiej". Do ostatniej części tytułu mam dużo uwag, ale po kolei. Kiedy kupowałam tę książkę wydawała mi się świetnie pomyślanym i zaplanowanym kompendium. Podzielona jest na rozdziały wg. rodzajów ciasta: drożdżowe, biszkoptowe, kruche, piaskowe, piernikowe, szarlotki i jabłeczniki, serniki, torty, serniki i torty bez pieczenia i ciasta świąteczne. Każdy rozdział poprzedza przepis podstawowy na opisywany rodzaj ciasta, uzupełniony zdjęciami krok po kroku. Fotografie w całej książce są całkiem ładne, opisy przejrzyste - nic tylko piec!
I tu się zaczyna mój dramat. Biszkopt parzony, biszkopcik bananowy, biszkopt orzechowy wyglądały nie jak biszkopty, ale jak placki. Babki z ciasta piaskowego zawsze wychodzą z zakalcem, a kruche placki są tak twarde, że zęby można na nich sobie łamać, o piernikach nie wspomnę. Serniki i serowce za suche... Mogłabym tak opowiadać o swoich porażkach pieczeniowych i pewnie uwierzyłabym, że zupełnie nie nadaję się do pieczenia ciast, gdyby nie to, że według innych przepisów wszystko wychodzi jak trzeba. Moje własne kulinarne improwizacje też się sprawdzają. Więc co jest przyczyną?

7 sierpnia 2009

Znowu w Grecji. Kulinarnie. Musaka z bakłażanów

To proste danie jest tak smakowite, że mogłabym je jeść i jeść. Teraz, bo moje pierwsze spotkanie z musaką było dość nieprzyjemne. Zamówiłam ją kiedyś w jedynej greckiej knajpie, jaka była w moim mieście. Dostałam coś w rodzaju tłustej, rozmemłanej, bezsmakowej i pozbawionej konsystencji ciapy, w dodatku za kosmiczną cenę. Postanowiłam już nigdy w życiu nie jeść musaki. Na szczęście spróbowałam jej wiele lat później w Grecji i zakochałam się w jej smaku. Odkryłam też jej sekret, znany wszystkim Grekom - cynamon.
Greckie smaki są wspaniałe. Ostatnio mój kolega z pracy - muzyk, kucharz, żeglarz i dziennikarz - przyniósł mi wielki worek świeżej mięty i okazało się, że on też gotuje "greckie". Do musaki dodaje jeszcze mielony kminek - dodałam i ja. Jest pyszna.


Musaka z bakłażanów

Składniki:
2 duże bakłażany
1 duża cebula
500-600 g mięsa mielonego (wołowo-wieprzowe lub indycze)
4 pomidory
1 łyżeczka oregano (świeże lub suszone)
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego kminku
sól, pieprz
czosnek
oliwa do smażenia
bułka tarta

beszamel:
2 łyżki masła
2 łyżki mąki
1 i 1/2 szklanki zimnego mleka
1 jajko
sól, pieprz
1 łyżka startego sera (powinien być kefalotiri, ale że nie miałam, dałam parmezan)

Bakłażany myjemy i kroimy w plastry wzdłuż. Solimy je z obu stron, układamy na sicie i obciążamy talerzem. Zostawiamy na pół godziny, by puściły goryczkę.
Na patelni przysmażamy na złoto cebulę pokrojoną w plasterki, dodajemy mięso i dalej podsmażamy. Jeśli mięso okazało się za tłuste odlewamy tłuszcz. Dodajemy obrane ze skórki pomidory pokrojone w plastry, zgnieciony ząbek czosnku, zioła i przyprawy. Podduszamy na małym ogniu ok. 20 minut.
Odlewamy wodę z bakłażanów, plastry opłukujemy pod wodą, osączamy i podsmażamy na złoto. Odkładamy na papier, by osączyć z tłuszczu.
Robimy beszamel: w rondelku rozpuszczamy masło, zdejmujemy z ognia, dodajemy mąkę, mieszamy. Wlewamy mleko, ponownie stawiamy na ogniu i mieszamy aż zgęstnieje. Nie zapomnijmy przyprawić solą i pieprzem (najlepiej białym). Dodajemy ser. Jedną łyżkę sosu mieszamy z rozbełtanym jajkiem, wlewamy do całości i znów mieszamy.
W naczyniu żaroodpornym układamy warstwami plastry bakłażanów, mięso z pomidorami i przyprawami. Ostatnia warstwa powinna być z bakłażanów. Polewamy beszamelem i posypujemy z wierzchu bułką tartą. Całość wstawiamy na ok. 50 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni. Można fotografować :)

4 sierpnia 2009

Od czytania do gotowania


Czytam sobie właśnie "Meksyk - kraj kontrastów" Sonii Dragi i Łukasza Gołębiewskiego. Podróżnicza książeczka o wyprawie do Meksyku. Ta dość solidna, pełna szczegółów, ale niezbyt porywająca, opowieść zainspirowała mnie do zrobienia tortillas polacas. Książka taka sobie, ale danie według tych, którzy je zjedli smaczne, że palce lizać.
Tradycyjne meksykańskie tortille, choć przypominają wyglądem naleśniki, przygotowywane są w sposób bliższy podpłomykom. Nie miałam na to czasu, więc zaimprowizowałam naleśniki kukurydziano-pszenne. Farsz też jest moją autorską wariacją na tematy meksykańskie.


Tortillas polacas

Składniki:
ciasto na naleśniki:
szklanka mąki pszennej,
pół szklanki mąki kukurydzianej,
szklanka mleka,
szklanka wody,
jajko,
sól.

Farsz:
2 piersi z kurczaka
puszka czerwonej fasoli
2 cebule
1 czerwona papryka
1 zielona papryka
2 pomidory
pieprz
sól
papryka słodka

Sos:
jogurt naturalny
pieprz, sól
ząbek czosnku
2 łyżki świeżej pietruszki (opcjonalnie)

Przepis wygląda na skomplikowany, ale to tylko pozory. Najpierw mieszam wszystkie składniki na ciasto naleśnikowe: mąki, wodę, mleko, jajko, sól. Miksuję je dokładnie, żeby nie było grudek. Rozgrzewam patelnię i smażę naleśniki. Gdyby ciasto było za rzadkie można dodać trochę mąki - pszennej lub kukurydzianej. Usmażone naleśniki odstawiam na bok.
Na dużej patelni obsmażam mięso pokrojone na małe kawałeczki. Na drugiej patelni szklę cebulkę i paprykę pokrojone w kostkę. Gdy już zmiękną dodaję obrane ze skórki pomidory i odsączoną fasolkę (gdy mam czas gotuję suchą). Dodaję usmażone wcześniej mięso, przyprawiam do smaku. Farsz studzę, a w międzyczasie mieszam jogurt ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku, solą i pieprzem. Można dodać też posiekaną pietruszkę.
W naleśniczki zawijam po dwie łyżki farszu. Układam je w naczyniu żaroodpornym, czasem posypuję tartym żółtym serem. Podpiekam ok. 15-20 minut w gorącym piekarniku. Ciepłe podaję na stół. Do dania świetnie nadaje się sos jogurtowy, choć niektórzy serwują do niego tradycyjny ketchup.



"Meksyk - kraj kontrastów"
Sonia Draga, Łukasz Gołębiewski
Wydawnictwo Sonia Draga

Obserwacje ekranowe

Przez blisko 10 dni nie było mnie na blogu, bo we Wrocławiu trwał Międzynarodowy Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty. Było ambitnie, nudno, eksperymentalnie, ale od czasu do czasu zdarzały się przebłyski normalności, jak krojenie marchewki w "Białej wstążce" Michaela Haneke.
Kulinarno-kinowych obserwacji mam więcej: w filmie Tsaia Ming-Lianga "Twarz" zobaczyłam, jak siekać mięso olbrzymim tasakiem, by było jak mielone. Dowiedziałam się też, jak nie naprawiać kranu w kuchni by zupełnie zalać mieszkanie i wywołać prawdziwy potop.
W obsypanym Cezarami filmie "Seraphine" Martina Provosta ze zdziwieniem zauważyłam, że codzienne składniki naszego jedzenia można wykorzystać do produkcji barwników malarskich. Nawet krew z wątróbki może służyć malarzowi.
Odkryty przeze mnie w tym roku Guy Maddin z właściwym sobie poczuciem humoru pozwolił swoim bohaterom ("Zmierzch lodowych nimf") raczyć się kanapką ze strusim jajem. Potrzebne do tego są: chleb, jajo i... młotek :).

A w ubiegłym roku poznałam tajniki dobrej pieczeni z pancernika :)

19 lipca 2009

Piknik


"W spiżarni były zimne naleśniki z mięsem i kiełbasa, i zimne kartofle. Zrobiłam też całą górę kanapek z serem. Wszystko to włożyłam do kosza. Mamusia przyniosła mi jeszcze dziesięć świeżo upieczonych bułeczek i dużą butelkę mleka.Potem pobiegłam do Anny. Ona też miała pełen koszyk jedzenia. Miała siekane kotlety i wędzonkę, i cały bochenek chleba, i zupę jagodową w butelce, i sześć kawałków budyniu ryżowego. Gdy wróciłyśmy do kryjówki zbójeckiej, rozłożyłyśmy na trawie całe jedzenie." (Astrid Lindgren "Dzieci z Bullerbyn")

Jakże zazdrościłam dzieciom z Bullerbyn pikników. Jeść na dworze? W dodatku potrawy na ZIMNO? To było nie do pomyślenia w mojej rodzinie. I choć nic teoretycznie nie stało na przeszkodzie, żeby chociaż jeść w ogrodzie, albo na olbrzymim balkonie, to nie było takiej tradycji w rodzinie i koniec. Obiad musiał być dwudaniowy z deserem i kompotem i gorący, nawet w największe upały. Od tych reguł nie było wyjątków ani odstępstw. Koniec kropka. Tak zadecydował dziadek i trzeba było się podporządkować. Bez szemrania.
W dzieciństwie mieszkałam w olbrzymim poniemieckim domu, gdzie meble ogrodowe po poprzednich właścicielach -rodzinie z dwójką małych dzieci, która zajmowała się handlem zbożem - zostały upchnięte na strychu. Wyobrażałam sobie ich, gdy siedzieli roześmiani w wiklinowych fotelach, przy okrągłym stoliku i pod bzami zajadali golonkę, popijając ją piwem. Dzieci też. Jako dziecko niewiele wiedziałam o świecie. Dziadek mówił, że Niemcy jedzą tłustą golonkę i żłopią piwsko. Ten okropny obraz jakoś nie odbierał tej wyimaginowanej rodzinie radości życia. Tłusta golonka i piwsko, nawet jeśli obrzydliwe, smakowały wyśmienicie na świeżym powietrzu.

Zmieniłam rodzinną tradycję i piknikujemy. Zabieramy jedzonko do plecaka, wsiadamy na rowery i jedziemy na zieloną trawkę. Dzieci uwielbiają takie wypady, jedzenie na zimno, paluchami bez siedzenia przy stole. Ja też lubię. Nasz wczorajszy piknik na trzy osoby składał się z empanadas wg. przepisu Liski na przystawkę. Daniem głównym były nóżki kurczaka w słodkiej papryce i czosnku z małosolniakami własnej produkcji. Na deser były muffinki marchewkowo-bananowe i owoce. Do picia woda mineralna.

Muffiny marchewkowo-bananowe

Składniki:
60 g masła
180 g mąki
100 g cukru
cukier waniliowy
pół łyżeczki cynamonu
łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczko sody oczyszczonej
sól
2 jajka
50 g śmietany
2 średnie marchewki
mały banan

Piekarnik nagrzać do 180 stopni Celsjusza. Wysmarować masłem formę do muffinek, oprószyć mąką. Rozpuścić w rondelku masło. Połączyć suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon, cukier i cukier waniliowy.
Jajka wymieszać ze śmietaną, dodac ostudzone masło. Wymieszać składniki suche z mokrymi. Dodać starte marchewki i rozgnieciony banan. Wymieszać. Nakładać ciasto do foremek, do 3/4 wysokości. Piec ok. 30 minut.

18 lipca 2009

Porzeczkowe krople



Kwaskowate porzeczki nie należą do zbyt popularnych owoców. Pięknie wyglądają na krzaczkach - na delikatnych szypułkach drżą czerwone, półprzezroczyste kropelki.
Gdy byłam mała babcia wysyłała mnie z litrowym garnkiem po porzeczki. Nienawidziłam tego. "Skoro chce jeść to kwaśne ciasto. Niech sama sobie zbiera porzeczki" - burczałam pod nosem, ale nigdy nie miałam odwagi powiedzieć tego babci wprost. Teraz tęsknię za porzeczkami prosto z krzaczka. W babci ogrodzie zachowały się wielkojagodowe poniemieckie odmiany. Przycinane regularnie przez dziadka owocowały obficie. Kiedy dziadka zabrakło zdziczały.
Żadne z kupnych porzeczek nie mają tamtego kwaskowato-słodkiego smaku i tak jędrnych jagód.
Babcia z porzeczek nie robiła ani dżemów, ani konfitur, ani win. Piekła za to pyszne ciasto porzeczkowo-bezowe.

Ciasto porzeczkowo-bezowe

Składniki
Ciasto:
250 g mąki,
2 żółtka
100 g cukru
250 g masła
cukier waniliowy

Beza porzeczkowa:
3 białka
150 g cukru pudru
sól
2 łyżki mąki ziemniaczanej
1/2 kg czerwonych porzeczek
50 g migdałów
2 łyżki bułki tartej

Zagniatamy kruche ciasto: mąkę z tłuszczem siekamy nożem, dodajemy żółtka, cukier i cukier waniliowy. Formujemy kulę. Chłodzimy w lodówce przez pół godziny. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza.
W międzyczasie ubijamy białka z cukrem i szczyptą soli na sztywno, dodajemy mąkę ziemniaczaną. Delikatnie mieszamy.
Ciasto rozwałkowujemy, wykładamy nim średniej wielkości tortownicę lub formę do tarty. Podpiekamy w gorącym piekarniku ok. 15 minut. Wyjmujemy ciasto, zmniejszamy temperaturę do 190 stopni. Na podpieczone ciasto wysypujemy bułkę tartą i migdały. Na obrane i umyte porzeczki wykładamy pianę, delikatnie mieszamy. Wykładamy na ciasto. Całość pieczemy około 20 minut. Obserwujemy bezę, żeby za bardzo nie zbrązowiała.

16 lipca 2009

Tarta z cukinią


Pojeździła ta cukinia z nami po Polsce - z Pomorza Zachodniego na Dolny Śląsk. Czy zyskała na smaku? Czy nabyła nowych aromatów? Jeśli tak, to z pewnością nie są to zapachy dojrzałych na słońcu warzyw, lecz podróżujących w bagażniku samochodowym. Na szczęście w deszczowy czas.
Przełożyłam cukinki, nazywane pieszczotliwie z francuska kurżetkami, na blat nie wiedząc co z nimi zrobić. Przypałętała się jeszcze czerwona papryka i młoda cebula. Poczułam się jak Pomysłowy Dobromir, z dziecięcej kreskówki sprzed lat: tarta z cukinią - wykrzyknęłam.

Tarta z cukinią

Składniki:
3-4 małe cukinie
1 cebula
1 papryka
200g tartego żółtego sera
1 jajko
1 duży jogurt naturalny
opakowanie mrożonego ciasta francuskiego
sól, pieprz, zioła prowansalskie

Ciasto wyciągamy z zamrażalnika i traktujemy jak zaleca producent. Wykładamy nim wytłuszczoną formę do tarty, podpiekamy przez 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 220 stopni Celsjusza.
Cukinie kroimy w plasterki, w paski cebulę i paprykę. Podsmażamy lekko na oliwie i przyprawiamy ziołami Prowansji. Wykładamy warzywa na podpieczony spód, zalewamy mieszanką jogurtu, jajka, żółtego sera, soli, pieprzu. Całość wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni. Pieczemy ok. 30 minut.

Ya esta! Podemos consumar!

Kulinarne okazje




Wpadłam wczoraj na chwileczkę do księgarni taniej książki i wyniosłam z niej triumfalnie trzy książeczki kulinarne z kolekcji "Rzeczypospolitej". Z kuchni światowej wybrałam dwie, które znam i lubię: kuchnię hiszpańską i portugalską. Kupiłam też kuchnię rosyjską, bo zawsze chciałam zrobić prawdziwe pielmieni i uchę. Książki były w okazyjnej cenie - przecenione z 19,90 zł na 7 zł. Nie mogłam się oprzeć.
To dość ładnie wydane albumy, ale jak dla mnie przepisy, a właściwie składniki potraw, mogłyby być wydrukowane większą czcionką i uszeregowane w pionowych słupkach, a nie w poziomych. To oczywiście kwestia gustu, ale tak zapisane receptury lepiej mi się czyta.
Każdy tom ma niebywale ciekawy wstęp, choć oczywiście mam zastrzeżenia, bo np. tekst o herbaciarniach lizbońskich ilustruje ogródek kawiarni Brasileira na Chiado w Lizbonie, znanej z pomnika Fernanda Pessoi. To oczywiście detale, które w tym wypadku jestem w stanie wychwycić, ale nie zrobię tego sięgając po kuchnię bardziej egzotyczną jak tajska, karaibska, czy wietnamska.
Trzeba jednak przyznać, że z dużą ciekawością przeczytałam o tradycjach kulinarnych wybranych przeze mnie kuchni narodowych, o ich zwyczajach, smakołykach i najbardziej charakterystycznych produktach.
Ponoć zamieszczone w nich przepisy są trzykrotnie sprawdzone podczas słynnych testów kulinarnych "Autralian Women's Weekly". Nie jestem w stanie tego zweryfikować, wierzę na słowo wydawcy. Książki z serii "Podróże kulinarne", jak na książki dodawane do gazety, mają zupełnie przyzwoity poziom.

Informacja dla wrocławianek: księgarnia taniej książki przy ul. Ruskiej

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...