12 maja 2014

Dlaczego zgniemy marnie pod hałdą plastików!


Tak się najpewniej stanie, bo plastików przybywa. Kiedy rozpoczęłam segregowanie śmieci - moich domowych - dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że większość odpadków stanowią plastiki. Wpadłam w panikę, gdy uświadomiłam sobie, że jest ich tak dużo. Są wszędzie - w plastikowe opakowania pakuje się jogurty, sery, śmietanę, wędliny, mięso, wodę, napoje, kosmetyki, środki czystości... Z plastiku są zabawki, obudowy komputerów, wnętrza samochodów, buty. Do każdego zakupu uśmiechnięty sprzedawca dodaje reklamówkę. A góra śmieci rośnie.
Przy moim śmietniku firma wywożąca odpady postawiła tylko dwa pojemniki na tzw. tworzywa. Pod koniec tygodnia oba są przepełnione.

Skąd się bierze plastik?

Produkuje się go z ropy naftowej. Z czegoś co powstawało tysiące lat produkuje się rzeczy, które wykorzystujemy przez chwilę i zaraz wyrzucamy. Nie zawsze do śmieci. Odpady poniewierają się wszędzie, także nad rzekami, które niosą je do mórz.
Słyszeliście o Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci (Great Pacific garbage patch)? O olbrzymim dryfującym śmietnisku pełnym plastików? Jest jak dryfująca sztuczna wyspa śmieci zgarniętych w jeden wielki pas przez oceaniczne prądy. Te śmieci nie znikają, bo plastik jest bardzo trwały i rozkłada się przez tysiące lat, jeśli w ogóle się rozkłada!

Wielka Pacyficzna Plama Śmieci powstała w północnej części Oceanu Spokojnego, między Kalifornią a Hawajami, a druga - podobna - znajduje się pomiędzy Hawajami a Japonią. Szacuje się, że dryfująca wyspa gromadzi 3,5 mln ton śmieci, głównie tworzyw sztucznych, z których większość nie do końca się rozkłada. Powiecie, że to nas nie dotyczy, bo najwyżej możemy zanieczyścić Bałtyk? Że to Amerykanie i Azjaci zanieczyszczają ocean? Jednak od oceanów, nawet tych dalekich zależy nasz klimat i nasze miejsce do życia.
Dryfujące śmieci rozbijają się na drobinki, które połykają ryby, ptaki i ssaki. Pływające reklamówki wyglądają jak meduzy i też bywają połykane przez zwierzęta. Spustoszenia w przewodzie pokarmowym powodowane przez takie jedzenie powodują śmierć około miliona ptaków i 100 tys. ssaków rocznie (wg. "Wiedzy i życia"). Plama zaburza też ekosystem - w dryfujących śmieciach lęgnie się za dużo morskiego owada Halobates sericeus, krewnego naszych nartników. Wzrost ich liczby w wodach otwartego oceanu może się zmienić cały oceaniczny łańcuch pokarmowy.

Co robić lokalnie?

Nie popłyniemy wyławiać śmieci w oceanie. Możemy jednak sami rozsądniej gospodarować własnymi śmieciami. Metody są proste, ale bardzo często o nich zapominamy. Sama łapię się na tym, że automatycznie wyciągam rękę po reklamówkę. Nie namawiam do ponownego wykorzystania kubków po jogurtach, czy pudełek po serkach - nie jesteśmy w stanie ich przerobić. Oczywiście można w nich wysiać pomidory i ogórki, jeśli ktoś jest właścicielem ogródka i wyhodować siewki, ale zwykle nie mamy hektarów do obsadzenia, więc wystarczy kilkanaście kubeczków.

Moje metody ograniczenia plastików

Nie jestem ortodoksyjna, bo nie prowadzę ekologicznej krucjaty, ale staram się w miarę możliwości:

- na zakupy chodzić z torbą z płótna

- nie brać cieniutkich woreczków, w które dodatkowo pakowane są wędliny, czy sery na wagę lub warzywa i owoce.

- przyklejać cenę bezpośrednio np. na kiści bananów, jeśli starczy cierpliwości ważyć każdą pomarańczę lub jabłko osobno. A co! Klient to klient, więc o co chodzi? Kupujecie skrzynkę jabłek za każdym razem? Ja z reguły kupuję 5-6 sztuk, więc nie widzę problemu, zwłaszcza, że takie ważenie to super zabawa dla mojego dziecka.

- nie kupować jednorazowych kubków, talerzyków, czy sztućców. Wyposażyłam się w tzw. zestaw piknikowy - talerze i sztućce na pikniki i służy mi on już szósty rok.

- w miarę możliwości kupować na wagę mięso, wędliny, sery i warzywa.

- kupować mydło w kostce, a nie w płynie (chociaż do rąk).

- chodzić na zakupy z własnym pojemnikiem (w supermarketach ta metoda nie przejdzie, bo niby ze względów sanitarnych się nie da, ale u miłej pani w małym sklepiku można spróbować i poprosić o wrzucenie towaru w pojemnik).

- ja nie pijam kaw w sieciówkach, ale zamiast brać kubek wyłożony cieniutką folią plastikową proponuję wziąć ze sobą kubek termiczny i poprosić o nalanie do niego kawy.

Niestety moja ulubiona woda mineralna jest pakowana w plastik, nie kupimy też kosmetyków, które nie byłyby w plastiku :( Choć ponoć można przychodzić z własnymi pojemniczkami do perfumerii Organic.

Niby niewiele, ale od czegoś trzeba zacząć.
Jak jeszcze ograniczyć opakowania plastikowe, a właściwie odpady w życiu codziennym? Jakieś pomysły?





8 maja 2014

Tarta z karczochami i szpinakiem na kilka kęsów


Pieczenia tart ciąg dalszy. Miała być jedna duża tarta, ale przypomniałam sobie, że mam w kuchennej szufladzie foremki do tarteletek, kupione w ubiegłym roku i porzucone bez wypróbowania.
Gadżety kuchenne mają to do siebie, że zalegają w szafkach. Moje foremki już tego nie robią.

Tarteletki z karczochami i szpinakiem

Ciasto:
300 gramów maki
150 gramów masła
proszek do pieczenia - tyle co na czubek noża
jajko
1/2 szklanki zimnej wody
pół łyżeczki soli

250 gramów świeżego szpinaku
2 cebule
słoik karczochów w zalewie
czarne oliwki
100 gramów parmezanu
100 gramów fety
2 ząbki czosnku
duży kubek jogurtu naturalnego
1 jajko
sól, pieprz

Siekamy masło z mąką, solą i proszkiem do pieczenia, dodajemy jajko i wodę. Zagniatamy ciasto i wkładamy do lodówki, by się schłodziło. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Rozwałkowujemy ciasto i wycinamy foremkami kółka. Natłuszczone foremki wykładamy ciastem, nakłuwamy widelcem, podpiekamy w piekarniku.

Kroimy cebulę w piórka. Szklimy na oliwie, dodajemy odsączone, pokrojone na ćwiartki karczochy, dusimy pod przykryciem ok. 5 minut. Blanszujemy szpinak, odciskamy z wody. W misce mieszamy jogurt z jajkiem, dodajemy wyciśnięty przez praskę czosnek i starte na tarce parmezan i fetę. Mieszamy i dodajemy szpinak. Tę mieszaninę wykładamy na przestudzone tarteletki, na niej układamy cebulę z karczochami, ozdabiamy czarnymi oliwkami. Wkładamy do piekarnika na jakieś 20-25 minut.


Inne przepisy na tarty
Tarta z cukinią
Quiche lorraine z rozmarynem
Tarta z botwiną, szparagami i kozim serem
Tarta szparagowo-szpinakowa z niebieskim serem

6 maja 2014

Tarta z botwiną i szparagami


Parysko i elegancko czuję się, gdy piekę tarty. Un morceau s'il vous plait. (Kawałeczek poproszę), brzmi lekko i od razu mam ochotę wsiąść do bateau mouche i popłynąć Sekwaną.
Albo zrobić sobie śniadanie na trawie w Ogrodach Les Tuileries.
Skoro jednak mieszkam we Wrocławiu z równie wielką przyjemnością zapakuję moją tartę do koszyka i wybiorę się do najbliższego parku. Na bagażnik roweru pakujemy nasze wysłużone boules (le cochonet, czyli świnkę pogryzł jakiś niemiły labrador przeszkadzając nam w grze), będziemy grać do 13 punktów, bez odrywania nogi przy rzucie i pałaszować tartę.
Tarta tak pachnie, że zanim ją zapakuję urwę kawałeczek.Mamy małe paryskie popołudnie na zielonej trawie.


Tarta z botwiną, szparagami i kozim serkiem

Ciasto:
300 gramów maki
150 gramów masła
proszek do pieczenia - tyle co na czubek noża
jajko
1/2 szklanki zimnej wody
pół łyżeczki soli

6-7 szparagów
pęczek botwiny
150 gramów koziego kremowego serka
duży jogurt naturalny
2 jajka
sól, pieprz

Siekamy masło z mąką, solą i proszkiem do pieczenia, dodajemy jajko i wodę. Zagniatamy ciasto i wkładamy do lodówki, by się schłodziło.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Rozwałkowujemy ciasto i wykładamy nim okrągłą formę do tarty. Zwykle używam papieru do pieczenia - łatwiej dzięki niemu wyjąć tartę z formy. Nakłuwamy widelcem ciasto i podpiekamy je przez jakieś 20 minut.

Szparagi myjemy - odcinamy zdrewniałe końce, pozostałe szparagi dzielimy na trzy części. Myjemy botwinę - odcinamy liście i buraczki. Czerwone łodyżki kroimy na 2 cm kawałki.
W naczyniu mieszamy jogurt z jajkami, doprawiamy solą i pieprzem.

Na ostudzone ciasto wykładamy botwinę, szparagi i serek kozi. Nie używam serka w plasterkach - nakładam łyżeczką kuleczki wielkości orzecha laskowego między warzywami. Całość zalewamy mieszaniną jogurtu i jajek. Można ewentualnie jeszcze całość posypać solą i pieprzem.
Pieczemy około 30 minut aż zetnie się wierzchnia warstwa tarty.
Można ją jeść od razu na ciepło lub później na zimno.


W tym sezonie szparagowym polecam:
Pieczone szparagi z pomidorkami i bazylią


5 maja 2014

Z widelcem przez blogi: Rumunia

Moja ciekawość kuchni prowadzi mnie na blogi miłośników gotowania z innych krajów. Podróż przez cudze kuchnie jest inspirująca –  dowiaduję się więcej o życiu i zwyczajach w danym kraju niż znalazłabym w najlepszym przewodniku, czy książce kulinarnej. Dziś na widelcu:

blogi kulinarne z Rumunii

 

Od dłuższego czasu zaglądam na nie z wielką przyjemnością. Od razu uprzedzę pytania o język – uczę się go hobbystycznie, a w chwilach desperacji proszę o pomoc google translate. Z największą uwagą czytam blogi przedstawiające zwyczajną kuchnię. Unikam tych dizajnerskich, wystylizowanych i wylansowanych. Moim zdaniem topowe blogi są jak sieciówki – tracą swoją wyjątkowość i zmieniają się na niekorzyść. Nie szukam bowiem zdjęć potraw ustawionych na przetartym, drewnianym blacie ze starym widelcem obok, ale zaskakujących, łamiących moje estetyczne przyzwyczajenia obrazów. Rumuńska zastawa rzadko bywa porcelanowa, potrawy prezentowane są w naczyniach z tradycyjnej ceramiki, na ręcznie haftowanych bieżnikach, czasem na zdjęciach można zobaczyć wnętrze czyjegoś domu. Dziękuję zwykle za takie okazje, bo czuję się jak bym przyszła w gości.

Mamałyga, mamaliguta

 

Mamałyga z jajkiem w gniazdku z bloga  http://poetagurmanda.blogspot.com
Kuchnia rumuńska (Bucătăria românească) jest smaczna i zaskakująca. Z jednej strony oferuje proste dania o rolniczych i pasterskich korzeniach, a z drugiej bizantyjskie desery, tak jakby Rumuni po latach głodowania za rządów Ceaușescu, próbowali te braki odrobić przygotowując wręcz nieprawdopodobne słodkości! W rumuńskiej kuchni przenikają się, jak to na Bałkanach, tradycje karpackich górali, smaki dań tureckich najeźdźców i sąsiadów bliższych i dalszych – Bułgarów, Greków i Węgrów. Je się tu dużo mięsa, ale przygotowuje się je prosto – na ruszcie lub jako pieczyste.
Narodową potrawą Rumunów i Mołdawian jest mamałyga, zdrobniale nazywana „mamaligutą”. To kaszka kukurydziana ugotowana na gęsto i podawana z masłem, śmietaną, serem lub bryndzą. Coś jak włoska polenta. Jedzono ją zamiast chleba. Podaje się ją samą albo jako dodatek do mięs, gulaszu.
Ponieważ mamaliga to podstawa kuchni rumuńskiej i chyba każdy tam umie ją przyrządzić trudno jest znaleźć na blogach poświęcony jej osobny wpis. Generalnie proporcje na mamałygę wyglądają tak: 1 szklanka kaszy/mąki kukurydzianej, 2 szklanki wody, łyżeczka soli, łyżeczka oleju.
Na blogu dziewczyny zwanej Craiţa (Nagietek) znalazłam przepis na mamałygę z jajkiem w gnieździe. Autorka krok po kroku pokazuje jak zrobić to danie.
Tradycyjna mamałyga zastyga w małych miseczkach, z których potem się ją wyciąga jak z foremki na ciasto. Na blogu Rui Rade widać to dokładnie.
Mamałyga z bloga http://bucatarialuiradu.co.uk

 

Gołąbeczki na jeden kęs

Sarmale z bloga http://www.dulcegarii-culinare.ro
Za swoje danie narodowe Rumuni uważają też maleńkie gołąbki zwane sarmale. Takie same jedzą Turcy, Grecy i Bułgarzy. W liście winorośli z solanki lub kapusty kiszonej zawija się mięso i dusi w sosie pomidorowym i podaje oczywiście z mamałygą. Im mniejsze gołąbki, tym lepsze. Pięknie sfotografowała je Antonina na swoim blogu. To też danie z tych krok po kroku, gdzie bez znajomości rumuńskiego można sobie poradzić.
Na Boże Narodzenie Rumuni, w niektórych regionach, robią gołąbki z gołąbków – przygotowują malutkie gołąbki z różnymi farszami i zawijają po kilka w liść kiszonej kapusty i zapiekają.
Na blogu Gardaculinara (Straż Kuchenna) można zobaczyć, jak zrobić sarmale în cuib.

 

Zupy gęste aż łyżka stoi


Rumuni lubią sobie pojeść – ich zupy są sycące i gęste, przypominające raczej gulasz niż wodnistą zalewajkę. Ich ciorby zawierają warzywa, mięso, zabielane są śmietaną lub zagęszcza się je lanymi kluseczkami o węgierskim rodowodzie: galuszkami.
Bardzo mi się podoba kartoflanka – prosta tradycyjna zupa, ale podana z ziołami i boczkiem zachwyca.
Kartoflanka z ziołami i jajkiem  z bloga http://bucatarialuiradu.co.uk
W składnikach obok lubczyku, estragonu i zielonego czosnku (szczypiorku) pojawia się przyprawa zwana „Bors magic” – to rumuńska wegeta – miks pszenicy, kukurydzy i zielonej pietruszki, ale i bez niej zupa będzie smaczna.

 

Mięsne i warzywne pyszności

 

Pieczone mięsa – jagnięcina, wołowina i wieprzowina przygotowywane bywają z ziołami i papryką. Znalazłam nawet przepis na rumuńskiego hot doga z kiełbaską domowej roboty i kiszoną kapustą w bułeczce. Przepisów na mięsa nie brakuje, ale równoważą je dania postne, na wielu blogach znajdziemy kategorię retete de post, bo święta religijne porządkują w Rumunii uciechy stołu. Nie zniszczyło tych tradycji nawet "Słońce Karpat", czyli Ceaușescu.
Zaskakuje mnie „rumuńskie bizancjum półmiskowe”: umiecie podawać tak wędliny i warzywa?


Oba zdjęcia pochodzą z fanpage'a na facebooku https://www.facebook.com/pages/Bucataria-Traditionala-Romaneasca

Rumuńskie gospodynie znane są z przetworów – co się da zamykają w słoikach i kiszą. Zazdroszczę im dostępu do czosnku niedźwiedziego w dużych ilościach. Co powiecie na pesto z liści czosnku niedźwiedziego?
Pesto z czosnku niedźwiedziego z bloga  http://bucatarialuiradu.co.uk
Chleby także są mocną stroną rumuńskiej kuchni. Znalazłam ciekawy chlebek z nadzieniem z czarnych oliwek, ale mimo studiowania przepisu wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą zrobienie tych ozdobnych elementów. Może ktoś z was rozwikła ten sekret?
Chlebek z nadzieniem oliwkowym z bloga http://caietcuretete.blogspot.ro


Ciasto ze szpinakiem i dzikim czosnkiem z bloga http://retete.bucatarmaniac.ro

Albo zestaw wspaniałych przystawek, w tym na paprykę faszerowaną serem

Papryka faszerowana z bloga http://www.bucatarmaniac.ro/

 

Słodyczy Rumunia życzy

 

Źródło: https://www.facebook.com/reteteculinareromanesti
Ciasta, pączki, serniki, przekładańce, torty – Rumuni kochają desery. Szczególnym uwielbieniem darzą serniki.

Źródło: https://www.facebook.com/reteteculinareromanesti

Znalazłam nawet rodzaj sernika, który nazywany jest polskim sernikiem lub polską paschą. 

Religia – prawosławie jest ważną częścią rumuńskiej kultury, dlatego odniesienia do niej znajdziemy także w kuchni. Na Wielkanoc robi się tradycyjny sernik na Zmartwychwstanie ozdobiony krzyżem.
Sernik wielkanocny z bloga http://www.bucatariairinei.ro
Mogłabym tak bez końca, bo każda wyprawa na rumuńskie blogi to wspaniała przygoda kulinarna. Im więcej blogów przeglądam, tym bardziej wsiąkam w tę kuchnię.
Przede mną wyzwanie: blogi węgierskie. To będzie hardcore, bo po węgiersku nie rozumiem ani słowa.

3 maja 2014

Dlaczego nie jem orzechów nerkowca




Właściwie to chyba ze smutku i niemocy. W żaden sposób nie mogę pomóc biednym robotnikom, a właściwie kobietom i dzieciom w Indiach, czy Wietnamie, zatrudnionym w przetwórniach nerkowców. Poparzone do żywego mięsa dłonie, permanentne alergie i praca za psie pieniądze – tak wyglądają kulisy przetwórstwa egzotycznych orzechów. Będziecie mieć rację, jeśli dodacie, że tak samo źle jest w szwalniach w Bangladeszu, czy fabrykach w Chinach, czy na plantacjach kawy i w kopalniach złota i diamentów w Afryce. 

Życie za paczkę orzeszków

Dlaczego więc tak poruszyła mnie historia zbieraczy nerkowców? Bo tę pracę wykonują kobiety i dzieci? Bo, żebyśmy poczuli smak nerkowca, muszą oni wydobyć orzech ze skorupki parząc sobie ręce żrącym olejem? Myślę, że przeraził mnie fakt, że życie aż tylu ludzi zależy od czegoś tak nieistotnego jak paczka orzeszków. Dla przyjemności zachodniego podniebienia ci ludzie dosłownie urabiają się po łokcie i mają z tego marne grosze. Najgorsze jest to, że zwiększony popyt na orzeszki wcale nie poprawi ich losu. Zarobią koncerny spożywcze a nie biedacy. Fair Trade? – dla mnie piękna bajka dla zamożnych Europejczyków i Amerykanów, którzy w ten sposób chcą zagłuszyć swoje poczucie winy.
Stany Zjednoczone są największym konsumentem nerkowców, ale jestem przekonana, że przeciętny zjadacz orzeszków nie wie nawet jak trudne i pracochłonne jest ich pozyskiwanie. Nie mogę wiele zrobić, by poprawić byt ludzi utrzymujących się z nerkowców, postanowiłam więc nie przykładać ręki do ich wykorzystywania. Nie wiem, czy to ma w ogóle sens. W każdym razie, po obejrzeniu dokumentu o życiu Indonezyjczyków utrzymujących się ze zbiorów nerkowca, te orzeszki stają mi  ością  w gardle. Dlatego ich nie jem i nie kupuję, choć są smaczne. 
Wolę orzechy włoskie i laskowe z ogródka mojej mamy. Wierzę w teorię lokalnego rynku – liczę ekokilometry i nie kupuję bez potrzeby egzotycznych produktów, wybieram nasze. Cieszę się, że na opakowaniach producenci mają obowiązek podawać kraj pochodzenia produktu. Zamiast chińskiego czosnku biorę nasz, nawet jeśli nie jest tak biały i kształtny jak ten z Państwa Środka.

Nawet nie orzech



Ale „retournons a nos moutons”, czyli wracając do nerkowców - to nawet nie są orzechy. Pochodzą z drzewa zwanego nanerczem zachodnim. Są nasionem schowanym w łupce wyrastającej z tzw. jabłka nanerczowego, które tworzy zgrubiała łodyga (osadnik kwiatowy). Wygląda to jak duża papryka albo gruszka z zawiniętym pazurkiem. Z owoców robi się przyjemny w smaku sok, który nie zawiera żadnych żrących substancji. Te ulokowały się właśnie w nasionku, w którym znajduje się jeden (sic!) orzech. Olej CNSL (cashew nutshell liquid/oil) ma bardzo silne działanie żrące. Żeby się go pozbyć kobiety prażą orzechy na słońcu, albo na blachach nad ogniem. Potem, za pomocą specjalnej gilotynki, rozłupują orzeszki i wydobywają je z łupinek. Muszą robić to ostrożnie, bo nie we wszystkich orzeszkach udaje się zneutralizować trujący olej. Wtedy właśnie dochodzi do poparzeń, gumowe ani bawełniane rękawiczki nie zabezpieczają wystarczająco rąk. Z reguły też człowiek z Wietnamu, czy Indii nie ma pieniędzy na rękawiczki i bandażuje palce szmatami. Często też kobiety rozłupujące orzechy są uczulone na olej nerkowca, ale nie leczą się i nie zmieniają pracy, bo nie mają innego źródła utrzymania.

Nie ma surowych nerkowców

Kolejnym etapem jest suszenie wyłuskanych orzechów na słońcu, a potem ich smażenie lub gotowanie, by w ten sposób ostatecznie pozbyć się trującego olejku. Ktoś, kto twierdzi, że je surowe orzechy nerkowca jest w błędzie! Takich nie da się bezpiecznie zjeść! Potem kobiety segregują ręcznie orzechy dzieląc je według wielkości. Cały proces pozyskiwania nerkowców odbywa się ręcznie, nie ma żadnych maszyn, pracują ludzie – najtańsza siła robocza. Orzechy skupują hurtownicy, w końcu trafiają one do fabryk spożywczych i do szeleszczących i kolorowych torebek w supermarketach. Za pięcioma – siedmioma złotymi, które trzeba dać za opakowanie, stoi mnóstwo pracy źle wynagradzanych ludzi, żyjących często w warunkach, których sobie nie możemy wyobrazić.
Da się walczyć z wiatrakami w dobie globalizacji?

[Ten post jest moją prywatną opinią. Nie jem orzechów nerkowca, bo tak zdecydowałam. Nie będę odpowiadać już na komentarze od osób, które z niewiadomych powodów uważają, że niejedzenie orzechów nerkowca powiązane jest z jedzeniem mięsa. Mięso jem, orzechów nie. Koniec kropka. Temat zamknięty. Nikogo nie zmuszam do naśladowania.]

Zdjęcia - Abhishek Jacob/Wikimedia Commons, na wolnej licencji

2 maja 2014

Pieczone szparagi są już wspomnieniem


Są chrupiące i smakowite. Nie trzeba się przy nich napracować. Danie na już, do zrobienia w chwilę. I dające pole do improwizacji: wrzucamy do piekarnika szparagi i to co nam pasuje.
Lubię szparagi, ale nie lubię tzw. sezonu szparagowego i wielkiego halo, jakie z tej okazji urządzają magazyny kulinarne. Zawsze jest na coś sezon, a że akurat na szparagi? Cieszmy się, jedzmy i wystarczy. Moje szparagi długo nie leżały na talerzach, zostało wspomnienie w postaci fotografii.


Pieczone szparagi
Pęczek zielonych szparagów
pomidorki koktajlowe - żółte i czerwone, ile kto lubi
dwa ząbki czosnku
oliwa
sól, pieprz
oliwki zielone lub czarne, jak to woli
bazylia
papryczka chili

Szparagi myjemy, odkrawamy zdrewniałe końce, kroimy na krótsze kawałki. Nie obieramy ich. Umyte pomidorki przekrawamy na pół. Razem ze szparagami przekładamy do naczynia żaroodpornego. Wsypujemy garść oliwek, pokrojone drobno czosnek i papryczkę chili, trochę liści świeżej bazylii. Solimy, dodajemy pieprzu do smaku i 2-3 łyżki oliwy. Całość mieszamy i wstawiamy na ok. 20 minut do gorącego (200 stopni Celsjusza) piekarnika.

Inne moje przepisy na szparagi

Szparagi w paczce
Szparagowiec z orzechami
Tarta szparagowo-szpinakowa

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...