18 sierpnia 2014

"Słodkie życie w Paryżu"


Dawno nie czytałam tak beznadziejnej i dennej książki. Napisał ją David Lebovitz, amerykański cukiernik, który po stracie swojego partnera przeniósł się do Paryża, by w maleńkim, wynajętym mieszkaniu poznawać tajniki kuchni znad Sekwany. Szkoda, że na tym nie poprzestał. Zdecydowanie lepiej wychodzą mu słodkości niż pisanie książek. Lebovitz serwuje nam banał na banale, obnosi się ze swoją wyjątkową ignorancją i pretensjonalnym traktowaniem rzeczy, których nie zna lub nie rozumie.
To miała być w zamyśle humorystyczna książka w stylu tych, które już odniosły sukces jak "Pod słońcem Toskanii", "Czy rok w Prowansji" - lekkie, miłe czytadło, doprawione paryskimi krajobrazami i smaczkami.
Pomysł sympatyczny, ale realizacja beznadziejna. Lebovitz w kpiącym tonie stwierdza, że stał się paryżaninem w momencie, gdy wyniósł śmieci w eleganckim ubraniu, a nie w rozmemłanym dresie. Może to jest zabawne dla Amerykanów, ale mnie to kompletnie nie bawi. Znam paryżan, dumnych, że mieszkają w tym mieście od pokoleń i jednocześnie bardzo otwartych i ciekawych innych ludzi i kultur. Oczywiście nie zawsze są idealni, bywają ksenofobiczni, uważają, że wszyscy powinni znać francuski, że kuchnię, lawendę i wino mają najlepsze na świecie, ale nie oglądają innych w tak odrażający i bezpardonowy sposób jak ów Amerykanin, autor książki. Nie chciałabym, żeby Lebovitz przeprowadził się do Polski i tak nas obsmarował nie znając realiów, kultury i języka.
Niech lepiej gotuje te swoje pomadki, ciasta i inne glazury zamiast wypisywać banialuki.
Czasem, czytając tę książkę, miałam wrażenie, że autor jest zapóźniony w rozwoju osobistym i społecznym. Jeżeli to tylko maniera, to strasznie toporna i męcząca dla czytelnika. Od mężczyzny w średnim wieku wymaga się, by potrafił samodzielnie myśleć, a nie jak dziecko pokazywać palcem każdą nieznaną sobie rzecz i z podnieceniem dwulatka wykrzykiwać "O!", bo jacyś ludzie dyskutują o wypieczonych bagietkach, bo nie pakują mu zakupów w supermarkecie, bo kasjer mu nie patrzy w oczy, bo nagle odkrył, że kawą kończy się posiłek...
Ta książka powinna nosić tytuł "Amerykański ignorant w Paryżu". Najbardziej drażni mnie w tej książce, że zwykłe, ludzkie chamstwo, niezależne od narodowości pan autor uznaje za paryską cnotę i sam zaczyna zachowywać się po chamsku rozjeżdżając torbą na zakupy bywalców targu, czy wykrzykując do człowieka, któremu popruł sweter, że to nie jego wina. Według niego tak robią Paryżanie. Szkoda czasu na tę książkę. Jedyną wartościową w niej rzeczą są przepisy - na słodkości, na sałatki, przekąski i dania główne inspirowane francuską kuchnią. W tym jednym pan Lebovitz jest dobry i niech tak zostanie. Zapiekane figi, ciasto bretońskie z mąki gryczanej, naleśniki z mąki ciecierzycowej, duszony indyk ze śliwkami...
Szkoda, że autor nie wydał po prostu książki kucharskiej, oszczędzając nam infantylnych obserwacji na temat stolicy Francji i jej mieszkańców.

"Słodkie życie w Paryżu" David Lebovitz, Wydawnictwo Pascal.

2 komentarze:

  1. Ojej, aż tak? Czytałam tę książkę dosyć dawno, ale nie miałam wrażenia, że jest obraźliwa czy ignorancka, raczej że po prostu powierzchowna i bardzo, bardzo lekka. No i bardzo lubię z niej przepisy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak :) Znam Francję i Francuzów od kuchni, bardzo dobrze, bo jako dziecko miałam szczęście spędzać wiele czasu we francuskich rodzinach, traktowana jak domownik, jeszcze jedno dziecko w dużej rodzinie i widzę jak powierzchowna, niesprawiedliwa i ignorancka jest ta książka. Przepisy, przyznaję bardzo ciekawe, ale to jedyny walor tej książki.

      Usuń

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...