6 listopada 2011

Magazyn "Kuchnia", czyli wielkie rozczarowanie


Do trzech razy sztuka - mówi znane porzekadło. Kupiłam więc po raz trzeci kolejny numer "Kuchni" i wiem już, że po raz ostatni. Autentycznie szkoda mi tych 7,99 zł na smętny i nudny magazyn.
Chyba w lutym (okładka z ciastem-sercem z kratką) przeczytałam bardzo niepochlebną recenzję "Kuchni" na jednym z blogów. Pomyślałam o autorze, że jest wybitnym malkontentem i natychmiast  kupiłam kolejny numer czasopisma. Niestety bloger ów miał rację. Zawsze jednak może zdarzyć się słaby numer, kupiłam więc kolejne dwa, ale lepiej nie było.

"Jest krucho" przeczytamy na okładce listopadowego numeru "Kuchni" i paradoksalnie jest w tym głęboka prawda. Krucho jest już od pierwszej strony - edytorial, czy jak kto woli, wstępniak naczelnej, nie grzeszy błyskotliwością, nie jest nawet interesujący. W dodatku naczelna chyba nigdy nie ma nic sensownego do powiedzenia, bo ten wstępniak rozciągany jest na siłę co numer - wielka czcionka, olbrzymie interlinie, szeroki margines. Litości! Szkoda miejsca.
Dalej banał nad banały, czyli czekolada i wiśnie. Jeśli to jest magazyn dla smakoszy, to każdy z nich  zna to najbardziej klasyczne połączenie i oczekuje jego nowej odsłony. Dostaje niczym nie wyróżniające się ciasto czekoladowe z wiśniami. Cóż z tego, że pod recepturą podpisał się Szef kuchni Wiesław Lichota. Taki wiśniowy brownie nie zaskakuje, Ameryki nie odkrywa.
Potem jest ciut lepiej, bo o kasztanach jadalnych. Jest trochę o historii, o sposobach wykorzystania. Są też przepisy portugalskiej gospodyni domowej z regionu Douro. Przepisy ciekawe, ale chciałabym wiedzieć skąd Pani Fernanda znalazła się w polskim czasopiśmie. Wystarczyłoby jedno zdanie w główce umieszczonej obok receptur.
Wieści od kuchni to rubryka, w której w założeniu powinny pokazywać się jakieś nowości-pyszności. Ale chyba producenci nie dopisali i maili nie dosłali, bo wieje tam pustką i nudą. Nawet czasopisma dla kobiet z dolnej półki mają więcej, ciekawiej, różnorodniej.
Kolejna strona znów obnaża problemy z redakcją i objętością tekstu. Autorka napisała o sepii, ale chyba za mało, bo znów stronę ratuje się olbrzymimi interliniami i w dodatku niekonsekwentnie. Źle to się czyta. No i kwiatki do redakcji: "sepię kupimy w formie sproszkowanej lub płynnej: w słoiczkach i saszetkach. Najlepszy jest ten drugi. Sepia w proszku ma dużo mniej smaku". Zgubiłam się. Który drugi? Słoiczek, czy saszetka? Płynny, czy w proszku?  Co jest w słoiczku, a co w saszetce - płyn, czy proszek? Być może to drobiazg, ale denerwujący.
Felieton o pstrągach Ludwika Lewina - ok. Autorski - może podobać się lub nie, ale jest napisany z zamysłem, konsekwentny i przemyślany.
Rurki z kremem kucharza - odkrycia Ernesta Jagodzińskiego są chyba najciekawszym przepisem w całym magazynie. Szkoda jednak, że żaden redaktor nie dopisał choć słowa o serze taleggio, jednym ze składników potrawy. Rozumiem, że szef kuchni nie zniesie zamienników, ale nie każdy w swoich delikatesach ten ser znajdzie. Może udałoby się go czymś zastąpić, jakimś innym równie delikatnym krowim, pleśniowym serem. Chyba że jest to przepis z gatunku "szefowokuchniowych" nie do zrobienia w warunkach domowych.
Trochę dalej tajniki Gateau Saint Honore zdradza inny szef kuchni Adam Chrząstowski. Krok po kroku tłumaczy, jak zrobić to słynne ciasto, całość uzupełniają foty. Jest jasno, zwięźle i do powtórzenia w domowej kuchni i o to przecież chodzi.
Sedno listopadowego magazynu stanowią dwa dobre, ale przydługie i niedoredagowane materiały. Walorem opowieści ze Styrii, gdzie żyje się powoli, niezaprzeczalnie się piękne zdjęcia. I znów niedosyt, a może brak - autorka opisuje tę austriacką krainę w pierwszej osobie liczby pojedynczej, ale nie dowiedziałam się, czy mieszka tam i prowadzi swoją piwnicę zawodowo, czy może okazjonalnie coś tam organizuje. Tekst ciekawy, ale przegadany, w pewnej chwili już nie chce się go czytać. Przydałby się małe odchudzanie, przewietrzenie tej gęstej opowieści.
Drugi ciekawy tekst to historyczny rys o Dziadach dr Zuzanny Grębeckiej, antropologa kultury. Autorka ciekawie, z pasją i olbrzymią znajomością rzeczy opowiada o dawnych zwyczajach, o znaczeniach potraw, tradycjach, o których już nie pamiętamy. Świetny tekst, ale znów przeładowany.
A dalej w numerze banały, banały. Warzywa korzeniowe to przepis na marchewki w śmietanie , czyli obiadowy klasyk dla dzieciaków, potem nudna, bo też znana sałatka z pieczonych buraków i serka koziego, zupa krem z białych warzyw...
Pochwalę za to zdjęcia do "Jesiennej serenady", czyli zapiekanek z warzyw na kruchym cieście serowym. Przepisy proste, smakowite, bez zadęcia, wesołe i zachęcające do gotowania i do jedzenia proponuje czytelnikom utalentowana Litwinka Giedre Barauskiene. Czy to będzie czepialstwo, gdy zapytam kim ona jest?
Kolejna pozycja - chińskie specjały - kompletnie mnie nie zainteresowały. To już było: wieprzowina z orzechami, tofu z kiełkami sojowymi, czy kurczak słodko-kwaśny. Jedyne pocieszenie, że autor przepisów nie dodaje do nich chińskiej witaminki "glutaminki", jak szef chińskiej restauracji w jednym z odcinków "Kuchennych rewolucji" Magdy Gessler.
Poziom trzymają Jamie Oliver, choć proponuje bardzo proste potrawy, ale taka jego filozofia i moja ulubiona Tessa Capponi-Borawska, która tym razem zajrzała do Grecji. Pióro i Bieńczyk - kto lubi ten czyta. Ja przeczytałam, ale bawi mnie i to nie bawi. Rozmowa starszych panów dla starszych panów, a dania takie sobie. Da się zjeść ale bez rewelacji. Kącik dla trzeciego wieku.

Tekst, który mógłby być ciekawie wyeksponowany "Rolls-Royce w butelce" o kobiecie, która wymyśliła markę "Spiżarnia" upchnięty gdzieś pod koniec, przykrótki, niedoopowiedziany. Aż żal, że tak zmarnowany...
Temat numeru - kruche ciastka - makaroniki, herbatniki, wyciskane, korzenne babeczki - to wszystko znajdziemy w pierwszej lepszej książce kucharskiej.
Lepiej jest z przetworami z żurawiny - przepisy na pikantne dżemy są ciekawe, stylizacje na zdjęciach ładne. Alkoholowy oceniacz Łukasza Klesyka poprawny, ale bez rewelacji.

Dla kogo wychodzi "Kuchnia"? Kim jest ten smakosz, umieszczony w tytule? Mam wrażenie, że na razie to pismo dla wszystkich i dla nikogo. Pismo bez charakteru. Brakuje w nim życia, świeżości, aktualności. Kuchnia pulsuje na festiwalach kulinarnych, na blogach, na forach. Ludzie gotują, wymieniają się doświadczeniami, prowadzą kluby obiadowe, chcą brać udział w warsztatach, uczyć się nowości, ale też klasyków. Szukają regionalnych smaków, zapachów i kolorów. Startują w konkursach gotowania (swoją drogą żałosny był edytorial naczelnej, która miała być jurorką w konkursie na nalewki i pojechała nań samochodem i nie mogła pić tego, co oceniała). Gdzie jest kuchnia tam jest serce domu, hotelu, restauracji. Mam wrażenie, że dziennikarze "Kuchni" tego nie czują. Przedstawiają przepisy kolejnego zadufanego w sobie szefa kuchni, który może i umie gotować, ale osobowości nie ma żadnej, albo nie pozawala się mu jej pokazać. Wypaleni felietoniści też nie przyciągną czytelnika. Zastanawiam się dlaczego dziennikarze nie ruszą w Polskę i nie napiszą o tym, co się w kuchni, gotowaniu dzieje. Dlaczego nie ma relacji z festiwali smaku, dlaczego nie ma rozmów z żywymi ludźmi, recenzji książek kulinarnych, filmów, ocen restauracji z CAŁEJ Polski? Dlaczego nie ma w tym piśmie śladu czytelnika - ani listu, ani nawet opinii z forum. Czyżby smakosze głosu nie mieli, a kulinarne nauki wykłada się im ex cathedra?
"Kuchnia" to pismo bez właściwości. Tytuł wyłącznie z aspiracjami, ale bez treści i bez dziennikarzy. Przydałby się  taki, co z imienia i nazwiska pisałby o kuchni -  z pazurem, tak by kulinarne środowisko dyskutowało, kąsało się lub nie i biegło po kolejny numer pisma. Śledzę zagraniczne wydawnictwa o podobnym profilu i żałuję, że na polskim rynku nie ma ambitnego kulinarnego tytułu. No cóż życzę "Kuchni" by utrzymała się na rynku, ale jego prawa są bezlitosne i patrząc na to, jak Agora pompuje pieniądze w "Palce lizać", nie wróżę "Kuchni" długiego życia. A szkoda, bo tytuł ma świetną tradycję.

Następny, grudniowy numer, kupię jednak, ale tylko dla Beaty Lipov, która będzie tam gotować z dziećmi.

16 komentarzy:

  1. Musze sie zgodzic z ta recenzja... choc mieszkam we Francji, "Kuchnie" kupowalam bedac w Polsce na wakacjach czy przy innych okazjach. Ostatni numer kupilam w listopadzie zeszlego roku i na tym zakonczylam kupowanie... Nudno, baldo, niekonsekwetnie i przepisy... hm jak dla mnie nieciekawe, gdy porownam je z klasycznymi kulinanrymi miesiecnzikami we Francji... hm?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze,że przeczytałam Twój tekst,bo właśnie aktualnego numeru już nie kupiłam.
    Pismo stawało się coraz słabsze,ale ja byłam z nim od 1-go numeru i stąd mój sentyment.I kupowanie co miesiąc.
    Kiedyś na swoim blogu napisałam,że na polskim rynku nie ma dobrego kulinarnego magazynu i nieźle mi się oberwało od obrońców Kuchni.
    Nie wiem,co tam znajdują.A może działa zasada ,na bezrybiu i rak ryba'?
    Pozdrawiam Cię.

    OdpowiedzUsuń
  3. niestety w dużej mierze muszę się zgodzić. Kupuję średnio jeden numer na kilka miesięcy i zazwyczaj potem jestem rozczarowana :/, jest 2-3 ciekawe przepisy, reszta albo nudna albo nie do domowych warunków

    OdpowiedzUsuń
  4. W pełni zgadzam się z Twoją opinią - chociaż nie mam nowości, a tylko kilka starszych numerów.
    Do każdego z nich można dodać taką recenzję, czyli sytuacja od dawna bez zmian.

    Tylko raz zdarzyło mi się kupić nowy numer (za pełną cenę), bo chciałam poznać gazetę. Pozostałe kupowałam z przeceny na dworcu Warszawa Wschodnia jako lekturę do pociągu.
    Dworcowa przecena zniknęła, a ja nie jestem tak zainteresowana gazetą, żeby chcieć ją kupować.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie niestety jest za późno, by pamiętać "Kuchnię" za czasów jej świetności. Dla mnie chodzi głównie o to, że przepisy w niej prezentowane są dla mnie niewykonalne - często zbyt trudne, bardzo czasochłonne, luksusu opływania w wolny czas niestety nie mam...
    "Kuchnię" kupuję przecenioną, z ubiegłego miesiąca. Dla zdjęć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się co do joty. Obecny numer miał mnie przekonać czy warto wydawać te 8 zł, nie przekonał :(
    Dla mnie jest mało tekstu, mało informacji, uchylania rąbka tajemnicy. Dobór tematów z numeru na numeru coraz słabszy i nie przemyślany. Artykuły mam wrażenie, że często pisane na kolanie
    Przepisy zostawione same sobie, bez opisania kontekstu, źródeł inspiracji.

    Najbardziej zirytował mnie artykuł "Serenata", na przepisy z dera, gdzie główną rolę odgrywały pomidory, na które sezon mija...Przepisy przyjemne, ale nietrafione.

    Całą kuchnię połykam w niecałe 40 minut wracając z pracy - smutne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję za komentarze. Jednak nie jestem taką malkontentką,jak myślała, bo widzę, że wiele z was ma podobną opinię o "Kuchni". W listopadzie w innych, babskich czasopismach przepisy są na czasie - dynie, zupy na chłody, halloweenowe słodycze. Nie mówię, że "Kuchnia" musi iść tym utartym szlakiem, ale mogłaby przynajmniej zaznaczyć na co jest sezon w listopadzie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie kupowałam, ale to chyba dlatego, że nie mam w zwyczaju czytać czasopism. Wolę książki. A post przykuł moją uwagę, bo...dziś śniło mi się, że mama kupiła mi tę gazetę, a ja byłam zdziwiona po co. :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Też tak myślę i się zastanawiałam, dlaczego oni się nadal na rynku utrzymują. Bywają tam jakieś smaczne kąski, ale na blogach o wiele lepsze propozycje:)))czy chociażby w felietonach Kręglickiej http://mowia-weki.blogspot.com/search?updated-max=2011-11-07T01%3A59%3A00-08%3A00&max-results=1 Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam wrązenie, że to dość powszechna bolączka w polskiej prasie - brak fachowej redakcji - bo zauważam dużo błędów, merytorycznych, ale także w tłumaczeniach, w pismach modowych i kobiecych. O tym, że artykuły o Wielkiej Brytanii pisze praktykantka przy biurku w W-wie, na podstawie tego, co wyczyta w necie i usłyszała od znajomych, zamiast Polki/Polaka zamieszkałych w UK i znajacych tutejsze realia, już nie wspomnę. Znajoma twierdzi, że Tygodnik Powszechny trzyma poziom, przeczytałam jeden artykuł, wywiad z naukowcem, i znowu klapa - poglądy przedpotopowe, niezręczne tłumaczenia teorii amerykańskich naukowców etc (o nauce zresztą w ogóle należy czytać po angielsku, 80% wszystkich publikacji ukazuje się po angielsku)
    Może naczelna powinna kupić sobie parę numerów Delicious czy Olive i zobaczyć, jak to się robi?;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kupowałam "Kuchnię" od pierwszego numeru. Kiedyś bardzo rózniła się od innych czasopism o tej tematyce, ale to było kiedyś. Kilka tematów omówionych "po łebkach" to jak telewizja śniadaniowa. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. To wszystko prawda, ale ja i tak na bieżąco kupuję, bo nie chce mi się czekać, aż pojawi się w taniej prasie. ALE uważam, że Kuchnia była sensowna przed zmianą szaty graficznej, jeszcze jakieś 2 lata temu.

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja muszę się rozejrzeć i zobaczyć, co prezentują inne pisma.

    OdpowiedzUsuń
  14. Śnieżka bardzo dobra rzetelna recenzja, też myślałem, że jestem totalnym malkontentem. Zastanawiam się dlaczego ludzie się tak boją krytykować cokolwiek (Kuchnia np. nie daje żadnych recenzji negatywnych książek, jeśli już daje, wystarczy poczytać Guardiana i zobaczyć, że tam się tego nie boją)na blogach, wszystko jest takie całuśne;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. A ja tymczasem wyjątkowo stanę w obronie tego magazynu choć nie każdy numer kupuje to czasem wydaje nawet więcej żeby mieć numer z dodatkiem. Jak ktoś szuka samych przepisów to faktycznie może się rozczarować ale jak uśpie dwójkę dzieci to nie za bardzo mam jak sprzątać w domu żeby ich nie pobudzić hałasem a na przeglądanie przepisów też nie mam ochoty i wtedy kuchnia jest w sam raz bo ma jakiś felieton, jakąś historię, jakiś wywiad itp. Myślę że właśnie takie mamy którym należy się raz dziennie nie wystygła kawa chętnie zaglądają do kuchni, zresztą sama mam dwie koleżanki które kupują ten maganyn choć może smakoszkami tak do końca nie są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kuchnia" bardzo zmieniła się na lepsze od czasu, kiedy pisałam tego posta, a było w 2011 roku. Mam wrażenie, że wzięli sobie do serca uwagi czytelników. Teraz zdecydowanie lepiej się ją czyta. Ten listopadowy numer był bardzo słaby. Właśnie czytałam październikowy 2015 i myślałam o tym jak bardzo zmieniło się to czasopismo przez te cztery lata. Jest ciekawe i przepisy też ma niczego sobie.

      Usuń

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...